Narzędzia osobiste
Jesteś w: Start Media Prasa leśna „Głos Lasu” Archiwum 2007 Głos Lasu 03/2007

Głos Lasu 03/2007

przez Sniegocki Ostatnio zmodyfikowane 2007-03-20 15:21

W marcowym Głosie Lasu m. in. Skutki wichur, Bank genów, Uprawa brzozy karelskiej w Finlandii, Unijnie wsparcie właścicieli lasów prywatnych, Polska gospodarzem V Konferencji Ministerialnej MPOLE.

W numerze:

  • Wyzwanie, jakiego jeszcze nie było. Inwentaryzacja siedlisk w Lasach Państwowych,
  • Skutki wichur,
  • Historia pewnego nadleśnictwa,
  • Bank genów - dawnej łuszczarnia,
  • Uprawa brzozy karelskiej w Finlandii,
  • Gospodarka łowiecka na Łotwie,
  • Skrzydlaty sprzymierzeniec leśników,
  • Prawne aspekty sprzedaży drewna,
  • Jak zdobyć dofinansowanie?
  • Od drzewka do gotowego mebla,
  • Unijne wsparcie właścicieli lasów prywatnych,
  • Polska gospodarzem V Konferencji Ministerialnej MPOLE,
  • Warto przeczytać,
  • Warto obejrzeć i posłuchać,
  • Leśnictwo i drzewnictwo w prasie zachodniej,
  • Wieści z leśnego świata,
  • Husqvarna kładzie nacisk na promocję,
  • Piłkarskie zmagania leśników,
  • Konkurs na najstarszą siedzibę nadleśnictwa i leśnictwa,
  • Listy do redakcji,
  • W tym roku ogólnopolski zjazd leśników-kombatantów,
  • Rady i porady,
  • Podatkowe konsekwencje planu urządzania lasu,
  • Pożegnania.

 

 

Inwentaryzacja siedlisk w Lasach Państwowych. Wyzwanie, jakiego jeszcze nie było.

Inwentaryzacja siedlisk przyrodniczych oraz siedlisk dzikiej fauny i flory, którą w zeszłym roku zapoczątkowały Lasy Państwowe właśnie wkracza w decydującą fazę.

Już niedługo wyruszą w teren zespoły inwentaryzacyjne wspierane przez specjalistów z różnych dziedzin. To od ich zapału, wiedzy i staranności zależeć będzie efekt finalny tego procesu. Procesu, bo inwentaryzacja nie jest jednorazową akcją. Baza danych, która już niedługo w Lasach Państwowych powstanie będzie sukcesywnie uzupełniana, weryfikowana i monitorowana. Może posłużyć do wyznaczenia granic obszarów Natura 2000, choć proces ten jest już mocno zaawansowany.

Wyznaczanie obszarów Natura 2000 bez aktualnej waloryzacji środowiska przyrodniczego, brak merytorycznej dyskusji, ale przede wszystkim dostatecznej wiedzy dotyczącej potencjalnego przedmiotu ochrony to tylko niektóre z popełnionych błędów, które spowodowały, że po 6 latach od rozpoczęcia prac nad tym projektem tak naprawdę jesteśmy ciągle blisko punktu wyjścia. Przypomnijmy, że w Polsce zamiast najpierw zlokalizować przedmiot ochrony, a więc zgodnie z dyrektywami unijnymi określić siedliska przyrodnicze oraz siedliska dzikiej fauny i flory i dopiero na tej podstawie wyznaczyć obszary Natura 2000 zrobiono zupełnie odwrotnie. Stało się tak, ponieważ brakowało i ciągle brakuje podstawowych oraz sprawdzonych informacji o występowaniu konkretnych gatunków czy siedlisk przyrodniczych. Z tego powodu obszary, które zaproponowano do objęcia siecią były dużo większe aniżeli to konieczne (w innych krajach takie tereny są zwykle niewielkie, za to jest ich dużo i rzeczywiście tworzą sieć cennych przyrodniczo obszarów).

Na mapach zawierających wszystkie pozyskane wcześniej informacje widać co należy jeszcze sprawdzić w terenie i na co zwrócić szczególną uwagę - przekonuje Wojciech Pardus (pierwszy od lewej), przewodniczący zespołu zadaniowego ds. leśnej mapy numerycznejCzas na zmiany
Odpowiedzią resortu środowiska i Lasów Państwowych na tę sytuację jest zeszłoroczna decyzja dotycząca powszechnej inwentaryzacji w Lasach Państwowych, bo to one przecież będą w przyszłości gospodarzem większości obszarów Natura 2000. O tym, że przyszedł czas na zmiany świadczy również fakt, że w przedsięwzięcie to zaangażowano sztab ludzi i przysłowiowy worek pieniędzy. W zeszłym roku wydano na ten cel około 2 mln zł, a na 2007 r. zaplanowane jest około 17 mln zł.

Podjęcie inwentaryzacji w Lasach Państwowych zainicjowało zarządzenie dyrektora generalnego LP z czerwca zeszłego roku oraz wynikająca z tego dokumentu decyzja nr 61 z 25 lipca 2006 r. w sprawie realizacji w sezonie wegetacyjnym 2006-2007 powszechnej inwentaryzacji siedlisk przyrodniczych oraz siedlisk dzikiej fauny i flory, o których mowa w dyrektywach unijnych. Jednocześnie postanowiono, że inwentaryzacja zostanie uzupełniona - dotyczy to bociana czarnego, orła bielika, orlika krzykliwego, puchacza, żurawia i cietrzewia.

Zdaniem Ryszarda Kapuścińskiego, zastępcy dyrektora generalnego LP ds. gospodarki leśnej, inwentaryzacja musi być przede wszystkim wiarygodna. - Chciałbym, żeby wszyscy zrozumieli, że ma ona służyć przede wszystkim nam - leśnikom. Chcemy być przecież postrzegani jako odpowiedzialni gospodarze lasu, a wiedza, którą ze sobą ten proces niesie na pewno się do tego przyczyni. Dostaliśmy szansę, jakiej nigdy przedtem nie mieliśmy - uważa dyrektor.

Pierwszy etap za nami
Tak duże przedsięwzięcie wymaga ogromnego zaangażowania zarówno leśników jak i partnerów, którzy zostali zaproszeni do współpracy. Dlatego powołano do życia centralny organ opiniodawczo-doradczy, złożony ze specjalistów: biologów i ekologów oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych. Podobne organy, z udziałem wojewódzkich konserwatorów przyrody lub ich przedstawicieli, powstały na szczeblu regionalnych dyrekcji Lasów Państwowych. Uruchomiono punkty konsultacyjne. W nadleśnictwach powołano natomiast zespoły inwentaryzacyjne, których pierwszym zadaniem było, ogólnie ujmując, zebranie informacji literaturowych dotyczących ewentualnych przedmiotów ochrony na danym terenie.

Praca została wykonana, a jej wyniki w postaci raportów czekają na konfrontację z danymi, które leśnicy uzyskają po wyjściu w teren. Pierwszy i nie ma co ukrywać łatwiejszy etap inwentaryzacji został zakończony, choć nie wszędzie najlepiej oceniony. Są miejsca, gdzie - zdaniem dyrektora Kapuścińskiego - nie dołożono starań, aby rozpoznać wszystkie lokalne źródła wiedzy w postaci istniejących już map fitosocjologicznych, opracowań czy innych materiałów źródłowych.
Następny etap to typowa inwentaryzacja w terenie. Zgodnie z harmonogramem musi być wykonana w nadchodzącym sezonie wegetacyjnym. By było to możliwe, a wyniki prawdziwe i porównywalne do pracy zespołów inwentaryzacyjnych, właśnie trafiły lub lada moment trafią podczas szkoleń jeszcze „ciepłe”, bo podpisane 30 stycznia przez dyrektora generalnego LP metodyki. To one posłużą jako przewodnik m.in. do inwentaryzacji siedlisk przyrodniczych, a więc np. buczyn, dąbrów czy borów bagiennych.

Praca na żywym organizmie
Nim jednak to nastąpi w nadleśnictwach zostaną opracowane raporty wykorzystujące dane taksacyjne z tzw. bazy informatycznej „forest”. Będzie to możliwe dzięki specjalnym algorytmom, które po przeanalizowaniu informacji takich jak typ siedliskowy lasu, skład gatunkowy w danej warstwie drzewostanu czy tzw. osobliwości przyrodnicze, z dużym prawdopodobieństwem, automatycznie wyszukają interesujące nas siedliska leśne. Te z kolei posłużą do sporządzenia mapy numerycznej lub analogowej, zależnie od możliwości nadleśnictwa. Mapa taka to z kolei wstępny materiał, który później będzie trzeba zweryfikować w terenie.

Algorytmy, na podstawie których raporty są tworzone, ciągle jeszcze podlegają zmianom, ponieważ muszą być dostosowane do tych informacji, które są dostępne w bazie „forest” nadleśnictw. Zawartość takich baz czasami różni się nieco od siebie, gdyż wykonywały je różne zespoły urządzeniowe, a trzeba przypomnieć, że robiły to na potrzeby leśnictwa a nie Natury 2000.

- Musieliśmy np. ostatnio raport zmodyfikować, ponieważ okazało się, że niektóre nadleśnictwa w swoich opisach taksacyjnych nie mają informacji o roślinach runa, a są one konieczne przy identyfikacji części siedlisk - mówi Jan Filoda, autor raportów, pracownik Nadleśnictwa Krucz (RDLP Piła). Raport został zmodyfikowany, ale z zastrzeżeniem, że jest on obarczony tzw. błędem nadmiaru, co powinno zostać zweryfikowane w terenie przez zespoły inwentaryzacyjne. Takich sytuacji może być więcej.

- Robimy to po raz pierwszy i nie jesteśmy w stanie przewidzieć każdej opcji. Bazy „forest” to jednak jedyne dostępne nam źródło tak wielu informacji o elementach siedlisk leśnych i dlatego należy zrobić wszystko, by możliwie jak najlepiej je wykorzystać. To ciągle jest jeszcze praca na żywym organizmie - dodaje Jan Filoda.

Raporty, które powstaną na poziomie nadleśnictw stanowią jedynie materiał wyjściowy, do weryfikacji, podobnie jak materiałem do weryfikacji są dokumenty, które powstały po pierwszym, wstępnym etapie inwentaryzacji. - Staramy się działać kilkutorowo, by nic nie umknęło naszej uwadze - podkreśla Jolanta Błasiak z wydziału Ochrony Lasu DGLP. - Dlatego dane te absolutnie nie mogą być pierwszym i zarazem końcowym efektem prac inwentaryzacyjnych - dodaje z przekonaniem.

Z raportem w teren
Do opisów terenowych służy „załącznik nr 5” zawarty w metodykach. Dzięki temu możliwe jest zweryfikowanie informacji wstępnie sporządzonych w raporcie oraz umieszczenie zupełnie nowych danych na podstawie wizji terenowej. - Taki dokument jednak to ciągle jeszcze „brudnopis” - podkreśla Hubert Stachurski z Wydziału Informatyki DGLP, który zbiera informacje przez formularze internetowe. Po wypełnieniu dokument taki powinien trafić do DGLP i tam zostanie poddany dalszej obróbce.

 Raporty, które powstaną na poziomie nadleśnictw to jedynie materiał wyjściowy - podkreśla Jolanta Błasiak z Wydziału Ochrony Lasu DGLPW efekcie powstanie produkt w postaci danych przestrzennych i opisowych dotyczący poszukiwanych siedlisk, który powędruje do regionalnych dyrekcji LP i nadleśnictw - będą to mapy oraz tabele zawierające wszystkie pozyskane informacje. - Na mapach tych od razu widać, co należy jeszcze sprawdzić, uzupełnić, na co zwrócić uwagę w terenie - uważa Wojciech Pardus, przewodniczący zespołu zadaniowego ds. leśnej mapy numerycznej z RDLP Gdańsk. Raport z pierwszego etapu prac, który się niedawno zakończył także ma postać takich właśnie map. W wypadku inwentaryzacji mapy powstają na każdym etapie i stanowią bazę wcześniej zebranych informacji. Produktem końcowym inwentaryzacji także będą mapy - tyle, że ujednolicone i zweryfikowane w terenie.

Dane po zweryfikowaniu w DGLP wracają do nadleśnictwa. Zdaniem decydentów jest to najwłaściwszy moment na konsultacje ze specjalistami, którzy wcześniej zostali zaproszeni do współpracy. Konsultowanie, poprawianie i weryfikowanie powinno trwać aż do skutku. Bezdyskusyjna jest tylko weryfikacja w terenie, dlatego każde wydzielenie, w którym mogą występować siedliska przyrodnicze kwalifikowane do Natury 2000 musi być poddane wizji lokalnej. - Ten etap inwentaryzacji może być bardzo trudny, ponieważ mówimy o siedliskach, które w wypadku Natury 2000 są najważniejsze, ale i najtrudniejsze do zinwentaryzowania - podkreśla Jolanta Błasiak. To, co robimy, to prototyp nie tylko dla nas, ale i osób z nami współpracujących.

Ten etap inwentaryzacji, zgodnie z harmonogramem, powinien być zakończony do końca września, tak by pod koniec października możliwe było sporządzenie przez DGLP raportu końcowego. Spodziewanym produktem będzie jednorodna, sprawdzona w terenie baza danych przestrzennych dotycząca siedlisk Natura 2000.

Pułapki, które można ominąć
Podczas spotkania podsumowującego I etap inwentaryzacji, które odbyło się w końcu stycznia w siedzibie DGLP, podkreślano, że jest to zadanie o wadze i zasięgu, jakiego jeszcze nigdy w historii Lasy Państwowe nie wykonywały. Nie ma sprawdzonych metod, utartych ścieżek, gotowych rozwiązań. Zwracano uwagę, że uczyć powinni się wszyscy - począwszy od szczebla decyzyjnego, a skończywszy na zespołach inwentaryzacyjnych, od których tak naprawdę chyba w największym stopniu zależy produkt końcowy tego przedsięwzięcia.

Do współpracy zostali także zaproszeni partnerzy spoza leśnictwa; wchodzą w skład organu centralnego i organów regionalnych, brali udział w opracowaniu metodyk, będą szkolić członków zespołów inwentaryzacyjnych, udzielać konsultacji, przyjeżdżać na lustracje terenowe. Od tego jak ta współpraca zostanie zorganizowana i jak będzie przebiegać zależy efekt końcowy inwentaryzacji, zwłaszcza, że został na nią przeznaczony tylko jeden sezon wegetacyjny.

Oprócz pułapek typowo organizacyjnych mogą jednak czyhać też inne. Problemem może okazać się np. wyznaczanie samych siedlisk, które w rozumieniu „naturowym” są klasyfikowane w Polsce dopiero od 2004 r. Trzeba pamiętać, że podstawową możliwością ich identyfikacji jest kryterium fitosocjologiczne. Skład drzewostanu, choć może okazać się pomocny przy identyfikacji siedliska, nie jest w tym wypadku decydujący. W sytuacji leśników przyzwyczajonych do siedliskowych typów lasu, które nie są tym samym co „siedliska naturowe” może być to trudne.

- Na tym etapie zespoły powinny skupić się na zinwentaryzowaniu siedlisk i pamiętać, że głównym kryterium ich oceny jest rosnąca tam roślinność. Kryterium fitosocjologiczne jest więc traktowane jako podstawowe - podkreśla Jolanta Błasiak. Leśnicy obawiają się przy tym anomalii pogodowych. - Wprawdzie pierwsze informacje z terenu powinny zacząć do nas spływać już niedługo, ale tak naprawdę będzie to przede wszystkim zależało od tego, jaka będzie wiosna - uważa Jolanta Błasiak. - Jeśli będzie normalna, tzn. długa, bez specjalnych niespodzianek pogodowych, to leśnicy zdążą wykonać zalesienia i zająć się inwentaryzacją. Jeśli natomiast będzie krótka, wczesna i gwałtowna, to wówczas może być z tym problem - dodaje. Kumulacja prac w nadleśnictwie może wówczas zakłócić harmonogram prac inwentaryzacyjnych.

Następna sprawa to szkolenia, które już się zaczęły lub niebawem zaczną. Zdaniem dyrektora Kapuścińskiego bardzo ważne jest, aby szkolący zwrócili uwagę zespołom inwentaryzacyjnym czego mają szukać na danym terenie i na co zwracać uwagę. Istotny jest też harmonogram czasowy (powinna go sporządzić osoba szkoląca), którego nie ma w metodykach siedlisk przyrodniczych, a który pozwoli rozłożyć pracę na poszczególne miesiące sezonu wegetacyjnego, tak by żadnego szczegółu nie pominąć. Pomocny może się również okazać fotoprzewodnik, który już jest dostępny w intranecie (wewnętrznej sieci komputerowej). Są tam zdjęcia klasycznych siedlisk wraz z roślinami wskaźnikowymi. Dużym ułatwieniem mogą okazać się szkolenia na typowych powierzchniach, np. w rezerwacie. - Dobre przygotowanie przed wyjściem w teren to podstawa. Od tego zależeć przecież będzie jakość końcowego produktu inwentaryzacji - przekonuje Ryszard Kapuściński.

Katarzyna Bielawska

Skutki wichur

Niebezpieczne, a nawet groźne dla lasów stają się wiatry określane w potocznym nazewnictwie wichrami, wiejące z prędkością od 18 m/s do ponad 30 m/s. Często dokonują one zniszczeń o charakterze żywiołowych klęsk gospodarczych. Na pewnych obszarach wichry są tak częste, że można byłoby je włączyć do grupy zjawisk decydujących o predyspozycji chorobowej lasów.

W nocy z 18 na 19 i 21 stycznia przez Polskę przetoczyły się ogromne wichury. Szczególne ich nasilenie miało miejsce w południowo-zachodniej, południowej, północnej i północno-wschodniej części kraju. W centrum Polski także powiało, jednak z mniejszą siłą. Zniszczenia powodowane przez wiatry są różnorodne. Obłamane gałęzie, przedwczesne strącenie owoców, naruszenie i naderwanie systemu korzeniowego to zazwyczaj niezauważane i pozornie niegroźne okaleczenia. Drzewostan, w którym potęga wichru dokonała silniejszych spustoszeń przedstawia smętny widok.

Pęknięcia strzał, nieodwracalne wygięcie drzew ponad granicę elastyczności, wywrócenie pni z korzeniami (wichrowały), przełamanie i rozłupanie strzał (wiatrołomy) przybierają niekiedy ogromne rozmiary. Największe zniszczenia powstają zazwyczaj w ekspozycjach na skrajach drzewostanów, w lukach; zdarzają się jednak także w głębi zwartych drzewostanów, zwłaszcza wtedy, gdy masy powietrza wirują wokół pionowej osi, jak w wypadku trąb powietrznych.

Ocena zniszczeń
W zielonogórskiej dyrekcji LP, gdzie styczniowe wichury wyrządziły wiele szkód w drzewostanach sosnowych, straty wstępnie oszacowano na ponad 210 tys. m sześc. drewna. Wielkość ta może ulec zmianie, ponieważ wiele jeszcze stojących drzew ma naderwany system korzeniowy i byle podmuch wiatru może je przewrócić. Największe szkody odnotowano jednak na terenie RDLP Wrocław.

Wiatrołomy, wiatrowały, zatarasowane drogi, pozrywane linie energetyczne to efekt zniszczeń, jakie pozostawił po sobie styczniowy huragan „Cyryl”. Szkody wystąpiły we wszystkich nadleśnictwach tej dyrekcji, a rozmiar zniszczeń sięga miliona metrów sześciennych drewna. W górach uszkodzone zostały drzewostany świerkowe, a na niżu - sosnowe. W samym tylko Nadleśnictwie Kamienna Góra leży około 130 tys. m sześc. drewna pohuraganowego, bo wichura zmiotła całkowicie lasy na ponad kilkuset hektarach. Trudna jest sytuacja w nadleśnictwach: Ruszów, Wałbrzych, Jugów, Świdnica, Złotoryja, Legnica i Miękinia.

Ten sam huragan nie oszczędził także drzewostanów na terenie RDLP Katowice. Przeszedł doliną Soły - od Bramy Morawskiej do Kobióra, gdzie naliczono się blisko 45 tys. m sześc. drewna poklęskowego. Spośród lasów górskich najbardziej ucierpiały drzewostany świerkowe na terenie nadleśnictw Ujsoły i Węgierska Górka (po około 40 tys. m sześc.), zresztą wcześniej były one zaatakowane przez korniki i opieńkę i podatne na działanie wszelkich czynników szkodotwórczych. W innych nadleśnictwach: Namysłów, Brzeg, Kup szkody rozłożyły się równomiernie i wynoszą od 10 do 20 tys. m sześc.; ogółem wstępnie szkody oszacowano na 459 tys. m sześc. drewna do uprzątnięcia.

W RDLP Kraków najwięcej szkód doliczono się w drzewostanach Nadleśnictwa Dąbrowa Tarnowska - około 60 tys. m sześc. drewna (szkody stwierdzono na 150 hektarach). Przewiduje się, że trzeba tam będzie uprzątnąć 140 tys. m sześc. drewna z wiatrołomów i wiatrowałów.

W dyrekcji krośnieńskiej największe szkody wystąpiły na terenie nadleśnictw: Brzegi Dolne, Bircza i Radymno. Doliczono się w sumie 72 tys. m sześc. drewna, z czego 60 proc. stanowi drewno z drzewostanów iglastych. Nie ucierpiały natomiast drzewostany bukowe w Bieszczadach - wiatrołomy zaczęto szybko uprzątać, ponieważ padające drzewa zniszczyły kilkaset metrów ogrodzeń chroniących uprawy przed zwierzyną. Dyrektor RDLP wystąpił już do dyrekcji generalnej LP o zwiększenie pozyskania drewna o 62 tys. m sześc.

Na północy Polski, na terenie RDLP Szczecin, w większości nadleśnictw wystąpiły przede wszystkim złomy i wywroty. Po zinwentaryzowaniu okazało się, że szkody sięgają 287 tys. m sześc. drewna. Sąsiednią, szczecinecką dyrekcję LP wiatr na szczęście oszczędził, niszcząc jedynie 3-hektary lasu, gdzie szkody oszacowano na 632 m sześc. drewna. Inaczej było w lasach kujawsko-pomorskich RDLP Toruń, gdzie w Nadl. Włocławek szkody oszacowano na 6,8 tys. m sześc. Tu też odnotowano największą uszkodzoną powierzchnię. W rezerwacie przyrody „Olszyny Rakutowskie” i jego otulinie wiatr powalił drzewostan jesionowy na ponad 5 hektarach. Skutki zniszczeń w regionie kujawsko-pomorskim leśnicy oszacowali na ponad 52 tys. m sześc. drewna.

W gdańskiej dyrekcji LP szkody wyniosły około 90 tys. m sześc. drewna. Straty głównie wystąpiły w drzewostanach świerkowych - są to pojedyncze złomy i wywroty - i jest to mniej więcej porównywalne z szacunkami strat z powodu wiatrów w poprzednich latach. Mocniej powiało w lasach olsztyńskich, gdzie wiatrołomy wystąpiły we wszystkich nadleśnictwach; najwięcej - 11 tys. m sześc. drewna wichura powaliła na terenie Nadl. Olsztynek. W sumie, w porównaniu ze śniegołomami, które wystąpiły na terenie tutejszej dyrekcji na początku listopada 2006 roku straty sięgające około 120 tys. m sześc., nie stanowią jakiejś ogromnej liczby. Wichury nie ominęły także drzewostanów na terenie RDLP Białystok, zwłaszcza jej północno-wschodnich krańców. Szkody, przede wszystkim w drzewostanach świerkowych, oszacowano na około 100 tys. m sześc. drewna.

Puszcza Piska w miesiąc po huraganie w 2002 r. (fot. Tomasz Zygmont)

Czy można przeciwdziałać szkodom?
Choć człowiek nie ma bezpośredniego wpływu na występowanie, jak ostatnio, zjawisk klęskowych w postaci wichur, to jednak podatność na nie drzewostanów, zasięg oraz rozmiar zniszczeń uwarunkowane są gospodarką ludzką, zubożeniem składu gatunkowego, ograniczeniem zróżnicowania wieku, wprowadzeniem obcych ekotypów, czyli zmianami sięgającymi aż po granice przetwarzania lasu (jak w górach) w monolity sztucznych świerczyn.

Zdaniem prof. Jana Zajączkowskiego z Instytutu Badawczego Leśnictwa faktycznie znaleźliśmy się w okresie wzmożonego nasilenia występowania wichur. - W moim przekonaniu nie jest to zjawisko spowodowane praprzyczyną, jak się traktuje globalne ocieplenie. Uważam, że w naszej strefie geograficznej są to normalne oscylacje klimatu. Chociaż pogląd ten jest w tej chwili w zdecydowanej mniejszości, to jednak go podtrzymuję. Znane są wyniki badań, przemyśleń ekspertów z zakresu klimatologii, którzy nie zgadzają się z ogólną opinią, że klimat się ociepla, a jego ocieplenie spowodowane jest działalnością człowieka. Wielu naukowców uważa nawet, że klimat nie tylko się nie ociepla, ale można w najbliższym czasie spodziewać się jego ochłodzenia - mówi profesor Zajączkowski. - W każdym razie sprawa nie jest oczywista - dodaje.

Można spierać się, jaki jest udział człowieka w ogólnych zmianach, ale są zapiski z odległych czasów, że takie zaburzenia klimatyczne wielokrotnie występowały z dużym nasileniem. Opisywano na przykład, że grube drzewa z korzeniami, a nawet zaprzęgi konne fruwały w powietrzu i nie są to legendy - twierdzi profesor.

Co zatem dzieje się w ekosystemie pod wpływem gwałtownych zmian, jakie niosą za sobą wichury? Zdaniem profesora Zajączkowskiego, jeśli szkoda jest ograniczona w skali powierzchniowej, to ekosystem szybko zabliźni swoje rany. W drzewostanie dojrzałym - w wieku 80-100 lat, jeśli wiatr wyłamie stare drzewa, to z reguły pod okapem tego drzewostanu odnowienie będzie wzrastało; najpierw luźno, potem w drodze sukcesji pojawią się nowe gatunki i ekosystem wiele nie ucierpi. Natomiast, jeśli wiatr poczyni szkody w drzewostanie młodszym to wówczas zanim w trakcie sukcesji powierzchnia się odnowi musi upłynąć więcej czasu.

- Jeśli chodzi o sam ekosystem to nie ma większych strat przyrodniczych, natomiast niewątpliwie są i mogą być straty ekonomiczno-gospodarcze. Szkody zależą od tego czy jest to drzewostan młody czy dojrzały, czy materiał drzewny, który się w nim znajduje spełnia warunki handlowe - mówi prof. Zajączkowski.

Nie bez wpływu na rynek
Gdy wiatr wywróci drzewostan dojrzały to wówczas duża część drewna ulegnie deprecjacji. Z kolei spora jego część nadaje się do sprzedaży i jeśli jest to wielkość, którą można w miarę szybko zagospodarować (nie przyczyniając się do powstania szkód wtórnych, wynikających z zasiedlenia drewna przez owady, grzyby) to wówczas straty nie powinny być zbyt duże. Inaczej jest w wypadku szkody wielkopowierzchniowej, gdzie klęska od wiatru zdecydowanie wpływa na uwarunkowania rynkowe - szybkie uprzątnięcie powierzchni poklęskowej i skierowanie drewna na rynek powoduje zachwianie cen surowca drzewnego.

Metody ograniczania szkód
Czy w ogóle możliwe jest przeciwdziałanie szkodom od wiatrów? - Można próbować ograniczać działanie standardowych, jeśli w ogóle można tak je nazwać, wichur jesienno-zimowych, kiedy wiatry wieją z maksymalną prędkością - od 120 do 150 km na godzinę. W wypadku orkanów, wiatrów halnych czy trąb powietrznych, których prędkość w porywach sięga często 200 km na godzinę to wówczas cokolwiek byśmy w lesie wcześniej zrobili szkody i tak wystąpią - uważa profesor. Przykładem jest wiatr w Puszczy Piskiej w lipcu 2002 roku, który zniszczył drzewostany, począwszy od wieku kilkunastu lat do najstarszych, po którym drzewa były skręcone jak powrósła.

Od 200 lat, tzn. od czasu planowej gospodarki leśnej, metody ograniczania szkód są leśnikom znane, począwszy od doboru gatunków w określonych rejonach geograficznych i warunkach glebowych. Odpowiednie postępowanie hodowlane - od założenia uprawy (siewem czy sadzeniem), gęstości uprawy, tempa i nasilenia rozrzedzenia w trakcie cięć pielęgnacyjnych, a także dopuszczalnego wieku wzrostu danego drzewostanu straty te można ograniczyć.

- Oczywiście wszystkie czynności gospodarcze, w tym organizowanie ładu czasowo-przestrzennego wynikającego z urządzania lasu, zależą od warunków siedliskowych. Siedlisko jest tutaj elementem rozstrzygającym - twierdzi profesor Jan Zajączkowski.

Wiek rębności
Do 1989 roku mało było dyskusji na temat prawidłowości dotychczasowej polityki dotyczącej wieku rębności poszczególnych gatunków drzew w Polsce. Na początku lat 90. XX wieku, gdy aktywność swoją ujawnili późniejsi twórcy nowego modelu lasu, dyskusja taka się rozpoczęła. W jej wyniku uznano, że dotychczasowy wiek rębności poszczególnych gatunków jest za niski i trzeba go zwiększyć z korzyścią dla ekosystemu. Zdaniem profesora Zajączkowskiego zapomniano przy tym o niebezpieczeństwach, które wynikają ze zbyt długiego pozostawienia drzewostanu na pniu, zwłaszcza wynikających m.in. z zagrożeń powodowanych wiatrem.

Nawet w tej chwili jeszcze jednym z kryteriów poprawności hodowli lasu jest udział drzewostanów przeszłorębnych - im jest ich więcej tym leśnictwo podobno ma być lepsze. - Jest jednak odwrotnie, jak w każdej populacji - w ludzkiej też. Nie potrafimy wyciągnąć wniosków z lekcji, którą daje nam życie i w lesie - konstatuje profesor. I dodaje: - Stosujemy odwrotną miarę - im więcej starych drzew tym niby ma być lepiej? Zdaniem profesora Zajączkowskiego naturalny układ poszczególnych klas wieku powinien być w zasadzie zachowany w odpowiedniej proporcji (jeśli proporcje te zostaną zachwiane, to wówczas można spodziewać się zagrożenia trwałości lasu).

- Ta niby dzisiaj uważana za pozytywną cecha w efekcie może doprowadzić tylko do zagrożenia trwałości lasu. Dziwne, że od kilkunastu lat takie poglądy istnieją wśród przyrodników, ekologów, ale co gorsza wielu leśników bezkrytycznie je przyjmuje. Trudno to uzasadnić, bo nasza wiedza leśna dała wiele przykładów, że jest to stan niekorzystny. Jeśli chodzi o udział klas wieku, to uważa się, że jednym z celów naszego leśnictwa jest właśnie zwiększenie udziału najstarszych klas wieku. Ale przecież trzeba mieć jakąś miarę, nie może to być nieograniczony wzrost udziału najstarszych drzew w drzewostanie. Można rozważyć jakąś granicę, do której powinno się dojść, jeśli chodzi o udział drzewostanów liczących powyżej 80 lat - twierdzi profesor.

Na przykład w 1935 roku w Lasach Państwowych udział drzewostanów w wieku powyżej 80 lat wynosił około 25 proc. - Dziś również mamy mniej więcej podobną sytuację i w moim przekonaniu nie ma żadnych podstaw merytorycznych, by ten udział starszych klas wieku nadal zwiększać - uważa profesor. Obecnie istnieje też tendencja, aby przy wystąpieniu szkód od wiatru czy śniegu zmniejszać liczbę metrów sześciennych drewna wynikającą z normalnego etatu cięć. Według profesora jest to błąd, bo w latach, kiedy szkody wystąpią powinno się tylko w niewielkim stopniu zmniejszać tzw. normalny etat. - Jak nie wytniemy odpowiednio wcześnie drzewostanu, to pozostawiając go na pniu w następnych latach stwarzamy zagrożenie, że to właśnie on ulegnie sile wiatru czy śniegu - twierdzi Jan Zajączkowski.

Czy rzeczywiście straty?
Prawidłowa gospodarka leśna uwzględniająca środkowo-europejskie doświadczenia może w znacznym stopniu ograniczyć szkody powodowane przez wiatr i śnieg. Wszystko zależy od skali zjawisk klęskowych - jeśli szkody nie pojawiają się zbyt często to zwiększona podaż drewna warunkuje np. rozwój czy w ogóle utrzymanie wielu firm drzewnych. Dobrym przykładem są też zakłady usług leśnych, które pracowały przy uprzątaniu powierzchni pohuraganowych w Puszczy Piskiej. Zarobiły dużo, dzięki temu zaopatrzyły się w nowoczesny sprzęt, umożliwiający im dziś pracę przy uprzątaniu tegorocznych śniegołomów i wiatrołomów.

Zdaniem profesora Zajączkowskiego wszystko trzeba wyważyć, przemyśleć. - Leśnicy z negatywnych zjawisk powinni wyciągać wnioski i nie dać się uśpić na przykład faktom, że las dobrze rośnie, jest wysoki, gęsty. To właśnie wtedy działa na niego każdy silniejszy podmuch wiatru. Wszystko to wiemy, a coraz to nowe teorie, które próbujemy tworzyć, nijak mają się do rzetelnej wiedzy - uważa profesor.

Ewa Kwiecień