Głos Lasu 5/2006

Interes ponad wszystko
Rzecz o rejestratorach leśniczego
Rejestrator leśniczego wywołał przed laty nieskrywaną niechęć i opór, zwłaszcza starszego pokolenia leśników, przyzwyczajonego do tradycyjnego papieru i porządnego ołówka. Dziś bez tego urządzenia nie sposób już wyobrazić sobie gospodarowanie w lesie, choć dyskusja nad jego funkcjonalnością wciąż nie gaśnie i co poniektórzy z pasją wytykają mu niedoskonałości.
Pojawienie się drugiej, nowocześniejszej wersji rejestratora było zatem tylko kwestią czasu. I po raz kolejny wywołało burzę. Tak przynajmniej można by sądzić po serii artykułów opublikowanych w marcu br. na łamach dziennika „Puls Biznesu”.

Ab ovo
Kiedy w 1996 r. startował tzw. duży System Informacyjny Lasów Państwowych, potrzebne stało się mobilne urządzenie informatyczne do wprowadzania bezpośrednio w terenie podstawowych danych o zadaniach gospodarczych wykonywanych przez leśniczych. W drugiej połowie 1996 r. zaczęto zbierać pierwsze doświadczenia z użytkowaniem rejestratorów w Nadleśnictwie Brzeziny w łódzkiej regionalnej dyrekcji LP. U schyłku 1996 r. powstała w DGLP grupa osób (jej motorem był nieżyjący już Zbigniew Grużdź), która „wzięła byka za rogi”.
Wybrano wówczas urządzenie firmy Psion Workabout, a oprogramowanie obsługiwało początkowo jedynie rejestrację i obrót drewna. Pierwsze rejestratory trafiły do rąk leśniczych w 1997 r. Z biegiem lat było ich coraz więcej (jest ich obecnie około 7 tys.). Dziś obsługują programy: „Leśnik”, „Brakarz”, ostatnio intensywnie wdrażany „Notatnik” oraz oprogramowanie do transferu danych przez modemy komórkowe, a nawet satelitarne. - Na tym podstawowym ogniwie bazuje informatyczny system „Las”, a potem cały SILP - mówi Mariusz Błasiak, naczelnik Wydziału Informatyki w DGLP.
Rejestrator to duża wygoda, znaczna oszczędność czasu i kosztów. Ale ma też wady. Wśród nich podstawowy mankament to zbyt mały ekran (z drugiej strony nie brakuje głosów, że większy sprawi, iż urządzenie przestanie być poręczne i nie zmieści się w kieszeni).
Następna odsłona
Wprawdzie system rejestratora systematycznie był rozwijany i unowocześniany to upływ czasu coraz bardziej dawał się we znaki. Do końca 2001 r. zespół fachowców z DGLP stale się konsultował z nadleśnictwami, współpracował z firmą Soft-Tronik, która próbowała przenieść funkcjonalność aplikacji „Leśnik” na inne urządzenia. Próba nie powiodła się - testy w terenie dowiodły, że leśniczowie wolą jednak starego Psiona z dotychczasowym oprogramowaniem.
Z roku na rok na rynku pojawiały się jednak znacznie doskonalsze systemy operacyjne, pozwalające współpracować z coraz bardziej zaawansowanymi systemami teleinformatycznymi. Przybywało coraz wydajniejszych wersji sprzętu. Z drugiej strony wyraźny postęp dokonywał się w samych Lasach Państwowych. Tylko jeden przykład: zaczęły upowszechniać się mapy numeryczne, które - w odróżnieniu od papierowych - można na bieżąco aktualizować w terenie, skomunikować z innymi aplikacjami, bazami danych itd. Dotychczas użytkowany, wyposażony w mały, monochromatyczny ekran Psion nie mógł poradzić sobie z takimi zadaniami.
Jesienią 2004 r. DGLP podjęła decyzję o wdrażaniu projektu informatycznego „Nowy rejestrator”, przyznając na jego realizację stosowny budżet. W pierwszej fazie założono wymianę około połowy (3 tys. sztuk) będących w użyciu przenośnych komputerów oraz wymianę oprogramowania dla całego systemu. - Zgodnie z przyjętym wówczas biznesplanem, założyliśmy, że projekt wystartuje z początkiem 2005 r., a wdrożenie oprogramowania zakończy się w czwartym kwartale 2006 r. - mówi naczelnik Mariusz Błasiak.
Pierwsze podejście
27 stycznia ub.r. Lasy Państwowe, w trybie prawa zamówień publicznych, ogłosiły przetarg ograniczony na dostawę rejestratorów i oprogramowania. Alina Niewiadomska, kierownik Zespołu ds. Zamówień Publicznych wyjaśnia: - Przetarg ograniczony, wbrew nazwie, ma w pewnym sensie charakter otwarty. Od przetargu nieograniczonego różni się głównie dwuetapową procedurą. Zaczyna się od opublikowania ogłoszenia o zamówieniu. W odpowiedzi na nie zainteresowani wykonawcy składają wnioski o dopuszczenie do udziału w przetargu ograniczonym. Na tej podstawie zamawiający ocenia kwalifikacje wykonawców według kryteriów sprecyzowanych w ogłoszeniu. Dopiero firmy w pełni spełniające te kryteria, lub spełniające je w najwyższym stopniu przechodzą do drugiego etapu i zapraszane są przez zamawiającego do złożenia oferty.
W omawianym przetargu 25 firm i konsorcjów złożyło wnioski o dopuszczenie do udziału w postępowaniu. W trakcie ich oceny wykluczono 19 podmiotów, z tego 10 ze względu na nie złożenie przewidzianych prawem informacji z Krajowego Rejestru Karnego, a 9 - ze względu na niedostarczenie wymaganych dokumentów potwierdzających doświadczenie i potencjał techniczny. Ostatecznie, po analizie złożonych ofert, 7 kwietnia ub.r. zdecydowano się przetarg unieważnić. Naczelnik Błasiak tłumaczy tę decyzję następująco: - Mimo wyraźnego określenia, że interesują nas specyficzne, odporne na warunki atmosferyczne i trudne warunki eksploatacji w terenie urządzenia przenośne, okazało się, że oferenci legitymują się wprawdzie godnymi uwagi osiągnięciami, ale w zupełnie nie tych dziedzinach - np. mają w ofercie mobilny sprzęt komputerowy do zastosowań biurowych i domowych. Piotr Szulc z Zespołu ds. Zamówień Publicznych dodaje: - Chcieliśmy też ponownie dać szanse firmom, które nie dopełniły warunków formalnych, np. nie dostarczając wypisu z KRK. Przypomnę, ustawa o zamówieniach publicznych weszła w życie w kwietniu 2004 r. i wiele firm jeszcze nie zdążyło poznać jej rygorów. My zaś, zgodnie z nią, nie mogliśmy np. przyjąć uzupełniających dokumentów. Ponowny przetarg wydawał się więc dobrym rozwiązaniem.
Drugie podejście
28 czerwca 2005 r. DGLP ogłosiła drugi, tym razem nieograniczony przetarg. Jednym z warunków udziału w nim było wykonanie tzw. pilota aplikacji, prezentującego elementy funkcjonalności rejestru odbioru drewna. Uczestnicy przetargu mieli razem z ofertą dostarczyć do testów sprzęt (5 rejestratorów), aby można było w praktyce sprawdzić, jak się on spisuje w praktyce.
Jak powszechnie wiadomo finałem zamówień publicznych często są protesty przegranych. Tym razem protest pojawił się już na wstępie. Liczącą około trzystu stron Specyfikację Istotnych Warunków Zamówienia próbowała podważyć śląska firma Wasko SA. Jej zdaniem SIWZ dyskryminowała... firmy zagraniczne. I nie przeszkadzało jej, że prawo przewiduje, iż protesty można składać tylko we własnym interesie. Protestowano przeciwko wymaganiom dostarczenia 5 urządzeń do testów (dla oferentów wyrażających gotowość dostarczenia 3 tys. rejestratorów po kilka tysięcy złotych za sztukę okazało się to kosztem nad siły?). Zastrzeżenia Wasko SA odnosiły się również do tego, że zamawiający nie określił, co rozumie pod pojęciem arkusza kalkulacyjnego. Rzecz kuriozalna - nie wiedziała tego firma informatyczna. Wśród kryteriów oceny przyjęto zapis, że urządzenie powinno bez szwanku przeżyć upadek na beton z wysokości metra, ale dodatkowe punkty dawała odporność na upadek z wysokości powyżej półtora metra. Wasko SA i ten zapis oprotestowała w Urzędzie Zamówień Publicznych twierdząc, że nie powiedziano, ile powyżej owego półtora metra może wynieść wysokość upadku. Domagano się nawet wyjaśnienia... na jaki beton miałoby padać urządzenie - chropowaty czy gładki?
- Sprecyzowaliśmy zatem, że rejestratory będą testowane upadkiem z wysokości dokładnie 160 cm. Na to Wasco w trakcie rozprawy przed sądem arbitrażowym UZP odpowiedziało kolejnym protestem. Tym razem dotyczył on zmiany kryteriów oceny ofert - a przecież postąpiliśmy zgodnie z wcześniejszym wnioskiem tej firmy i zmiana nie była merytoryczna, a uściślająca, wręcz redakcyjna – mówi Piotr Szulc. Arbitrzy stanęli jednak na stanowisku, że zamawiający dopuścił się zmiany kryteriów oceny ofert i był to wystarczający powód, by 3 sierpnia 2005 r. sąd arbitrażowy UZP unieważnił przetarg.
Na dwa razy
Jest sierpień 2005 r. a sprawa tkwi w martwym punkcie. W szybkim tempie topnieją szanse na zrealizowanie projektu w zakładanym terminie. W zespole odpowiedzialnym za wdrożenie zapada więc decyzja o oddzielnym zamówieniu dotyczącym oprogramowania. Pozwoli to nie tracić czasu na rozstrzygnięcie spraw związanych z dostawą samego sprzętu, które mają potoczyć się odrębnym torem. - Zdecydowana większość oferentów, którzy stanęli do wcześniejszych przetargów zainteresowana była przede wszystkim sprzedażą stosunkowo drogiego sprzętu, lekceważąc zdecydowanie mniej lukratywną, a dla nas zasadniczą kwestię - dostawę odpowiedniego, dedykowanego oprogramowania. To był kolejny powód, który kazał nam oddzielić część sprzętową i programową - twierdzi Mariusz Błasiak. Poszło za tym założenie, że wybrane oprogramowanie powinno zapewnić swobodę wyboru sprzętu, a więc bez problemu funkcjonować na wielu różnych mobilnych urządzeniach typu handheld.
22 września 2005 r. zespół odpowiedzialny za projekt wystąpił do prezesa UZP z wnioskiem o wyrażenie zgody na zamówienie z wolnej ręki dla tej części przedsięwzięcia, która dotyczyła przeniesienia aplikacji rejestratora na nową platformę sprzętowo-systemową. Prezes UZP zasięgnął opinii w tej sprawie w Ministerstwie Nauki i Informatyzacji oraz w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. 9 stycznia 2006 r. DGLP dostała jego zgodę w formie decyzji administracyjnej. 16 lutego br. Lasy Państwowe zawarły umowę z firmą HandSoft sp. z o. o. To uruchomiło lawinę podejrzeń i oskarżeń. Zarzutów było co niemiara. A to, że wybór padł na firmę małą, która, w odróżnieniu od tuzów informatycznego świata, z zadaniem sobie nie poradzi. A to, że powstaje zagrożenie, iż chytrze ukryte cechy oprogramowania wykluczą niektórych dostawców sprzętu czy wręcz wskażą konkretnego producenta rejestratorów. Szef leśnej informatyki wyjaśnia dlaczego wybór padł na HandSoft: - Informatycy z tej firmy są autorami wszystkich dotychczasowych aplikacji w systemie Rejestrator Leśniczego, których DGLP jest dziś właścicielem. Wyjątkiem jest część komunikacyjna PsionMan i UnixMan - LP mogą ją użytkować w ramach praw nabytych przez Ministerstwo Środowiska. Godzi się podkreślić, że HandSoft nie sprzedał obu tych pakietów, zawierających pewne informacje o zasadach kodowania, pakowania i transmisji danych, żadnej innej firmie - to wyraz lojalności wobec Lasów Państwowych. Stale rozwijał oprogramowanie systemu, a zawarta z nim wcześniej umowa serwisowa obowiązuje jeszcze przez najbliższe dwa lata. Wszystkie te czynniki podnosiliśmy w wystąpieniu do prezesa UZP twierdząc, że właśnie ta firma gwarantuje nam niezawodne wykonanie postawionego zadania, tak w wymiarze terminowym, jak i merytorycznym.
Żal pominiętych...
Najgłośniej wśród odrzuconych oferentów protestująca poznańska firma Emax, korzystając z gościnnych łamów gazety twierdzi, że gotowa byłaby przygotować oprogramowania dla systemu za znacznie mniejsze pieniądze niż HandSoft (dziennik podaje kwotę 600 tys. zł, de facto było to 650 tys. zł, ale umowa z Handsoftem opiewa na 3 mln zł netto, tj. 3,66 mln zł brutto). Naczelnik Błasiak podważa wartość tych deklaracji, odwołując się do kosztów przygotowania oprogramowania dla już działającego systemu RL. Sięgnęły one dotąd 2 mln zł, nie licząc 14 - 15 mln zł wydanych na sprzęt. Teraz w grę wchodzi 3,66 mln zł na oprogramowanie i około 30 mln zł na rejestratory (zakładając, że LP kupią ich sumie 6 tys., średnio po 5 tys. zł za sztukę). I raczej nie owych 600 tys. zł dotyczy wrzawa. W tle jest zdecydowanie bardziej łakomy kąsek - 30 mln zł za sprzęt. - 3,66 mln zł nie wzięło się z sufitu - słyszę w wydziale informatyki DGLP. - Podobne pieniądze płaci się na rynku za aplikacje o znacznie mniejszej funkcjonalności niż system Rejestrator Leśniczego - dowodzi naczelnik Błasiak. Skąd zatem tak okazyjna oferta poznańskiej firmy?
W piśmie wystosowanym 6 lutego br. przez Emax do dyrektora generalnego LP firma poinformowała, że „posiada własne oprogramowanie, konsultowane z nadleśnictwami, do zarządzania gospodarką leśną, którego funkcjonalność odpowiada obecnie użytkowanemu przez leśniczych. Oprogramowanie to może współpracować z każdym rodzajem ręcznych komputerów przenośnych oraz systemami operacyjnymi typu Windows Mobile CE”. 6 lutego br. zespół roboczy LP miał już za sobą negocjacje z HandSoftem i praktycznie gotowy do podpisania kontrakt. Ale składanie podpisów wstrzymano - na 10 lutego umówiono spotkanie z przedstawicielami firmy Emax, na którym miało dojść do zaprezentowania walorów konkurencyjnej aplikacji reklamowanej we wspomnianym piśmie do dyrektora generalnego LP.
...a pospolitość skrzeczy
Efekt spotkania tak opisuje notatka służbowa sporządzona na potrzeby LP: >W wyniku analizy przeprowadzonej prezentacji obecni na spotkaniu przedstawiciele Lasów Państwowych stwierdzają jednoznacznie, iż faktyczny zakres, jak i funkcjonalność przedstawionej aplikacji w sposób rażący odbiegają od zadeklarowanych. Zaprezentowano jedynie niewielki fragment obecnej funkcjonalności aplikacji „Leśnik” ograniczający się do dokumentu ROD w niepełnej funkcjonalności, zawierający szereg błędów merytorycznych i logicznych. Przedstawiono również koncepcję transferu danych. Przedstawiciele firmy Emax, wbrew deklaracjom złożonym w piśmie skierowanym do dyrektora generalnego Lasów Państwowych oświadczyli, że nie posiadają aplikacji odpowiadającej pełnej funkcjonalności programu „Leśnik” oraz nie dysponują aplikacjami „Brakarz” i „Notatnik”<.
Nie zrażony tym wszystkim Emax przysłał 14 lutego br., już bez zaproszenia ze strony LP ofertę (choć nie była to oferta w rozumieniu prawa o zamówieniach publicznych), w której tłumaczy, że to, co pokazano cztery dni wcześniej było jedynie próbką możliwości. Na tej podstawie gotów jest opracować oprogramowanie (wcześniej zapewniał, że ma gotowy produkt) i doprowadzić do przeniesienia aplikacji rejestratora na nową platformę sprzętowo-systemową, o ile tylko Lasy Państwowe... oddelegują odpowiednią liczbę pracowników do współpracy przy projekcie, którego koszt określono właśnie na 650 tys. zł. To na tym miał się opierać fenomen rewelacyjnie niskich kosztów. Dodać trzeba od razu, że w zaproponowanej kwocie nie mieścił się już ani system informacji przestrzennej GIS, ani koszty dokumentacji i szkoleń. Nie było też żadnej deklaracji, że firma zamierza przekazać Lasom Państwowym prawa do kodów źródłowych oprogramowania. - W takim świetle „oferty” Emaxa nie mogliśmy potraktować poważnie - z naciskiem podkreśla naczelnik Błasiak.
Kierująca Zespołem ds. Zamówień Publicznych Alina Niewiadomska twierdzi, że w całej tej sprawie dochowano wszelkich procedur i przepisów prawa zamówień publicznych. To prawda, była jedna wpadka, niezasłużenie zresztą przypisana przez gazetę Lasom Państwowym: Biuletyn Zamówień Publicznych błędnie opublikował kwotę kontraktu z HandSoftem - 3 mln zł jako kwotę netto. Lasy Państwowe, choć nie miały udziału w tym nieporozumieniu, szybko sprostowały błąd.
Jak poinformował „Puls Biznesu” w kolejnym artykule opublikowanym pod koniec marca br., Stanisław Gawłowski, poseł PO zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu korupcji w Lasach Państwowych. W ten sposób żale tych, którym nie udało się ubić interesu, ale też, niestety, przyszłość systemu tak potrzebnego gospodarce leśnej, trafiają na grząski grunt polityki.
KRZYSZTOF FRONCZAK

