Głos Lasu 06/2004
Rok 2004 jest szczególnym dla wszystkich leśników, a jednocześnie wyjątkowym dla leśników RDLP w Lublinie. W tym roku obchodzić będą 80-lecie Lasów Państwowych i 60-lecie powołania dyrekcji lubelskiej.

Dwa jubileusze
Z dyrektorem RDLP w Lublinie rozmawia Leszek Wieliczko.
- Co według Pana było najważniejsze i jednocześnie charakterystyczne w tym okresie dla leśnictwa administrowanego przez struktury tej dyrekcji?
- Z pewnością jest to ciekawy jubileusz, ponieważ dyrekcja ta powstała jako pierwsza jeszcze w czasie działań wojennych, gdy na pozostałych terenach późniejszych ziem polskich trwała jeszcze wojna. Na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku zaczęto organizować administrację leśną i 3 sierpnia tego roku Feliks Osiński został mianowany dyrektorem okręgu lubelskiego. Ta dyrekcja była również macierzystą dla struktur leśnictwa na pozostałych terenach wyzwolonych spod okupacji niemieckiej. Właśnie stąd wielu leśników jechało na Ziemie Odzyskane, by organizować tam administrację Lasów Państwowych. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Pierwsza siedziba dyrekcji lubelskiej była przy ul. Okopowej w Lublinie, potem w pałacu w Wierzchowiskach, następnie w zwykłym baraku w Lublinie, skąd pracownicy dyrekcji przenieśli się w 1966 roku do nowo wybudowanej siedziby przy ul. Czechowskiej, w której obecnie urzędujemy. Co prawda tę sytuację znam z opowiadań i literatury, ale chcę podkreślić, że wschodnie tereny, a w szczególności tereny dyrekcji lubelskiej, po wojnie były bardzo biedne. Nie było odpowiednich budynków na siedziby nadleśnictw czy osad leśnych. Ogromną pracę włożono w przygotowanie kadr, tak okrutnie przetrzebionych przez wojnę. W tym pierwszym, pionierskim okresie odbudowy struktur Lasów Państwowych kadra kierownicza nadleśnictw, leśniczowie pochodzili z awansu społecznego. Nie mieli co prawda odpowiedniego wykształcenia, ale z pewnością byli to ludzie bardzo oddani lasom. W tym czasie zalesiano bardzo dużo gruntów porolnych, szczególnie na krańcach wschodnich dyrekcji, w nadleśnictwach Sobibór, Włodawa, Parczew. Teraz w tych nadleśnictwach bez mała połowa drzewostanów to posadzone w pierwszych latach powojennych, a więc wymagają dużych nakładów pielęgnacyjnych, muszą być dotowane.
- Skoro na tych biednych terenach nie było odpowiedniej infrastruktury, to oczywiste, że poziom techniki był również niski.
- Oczywiście. Pamiętam jeszcze jak pozyskanie drewna odbywało się piłami ręcznymi i siekierami, a drewno wywożono wozami konnymi. Młodzi ludzie nie wiedzą np., co to były lady do załadunku drewna. Wszystkie prace leśne trzeba było wykonać za pomocą takich prostych narzędzi, za to ogromnym nakładem pracy fizycznej. W nadleśnictwie był jeden koń, przy pomocy którego nadleśniczy musiał się poruszać, bo nie było żadnych innych pojazdów. Telefonów też nie było, a jak się pojawiły to później niż gdzie indziej i na korbkę. Można było się łączyć przez pocztę i czasem trzeba było czekać cały dzień na rozmowę z dyrekcją. Kiedy mój ojciec jako leśnik dostał talon na rower to było to wielkie święto w domu.
- Jak w takim razie wytłumaczyłby Pan przywiązanie do leśnictwa w czasach powojennych, kiedy następował ogromny odpływ młodych ludzi do miast i przemysłu. Dlaczego dzieci leśników wybierały szkoły leśne, decydując się na zawód, który w tamtych czasach był trudny, odpowiedzialny i niepopłatny?
- Myślę, że zostali przede wszystkim ci, którzy byli wyczuleni na przyrodę, na jej piękno, na jej wzbogacanie, bo przecież wiele terenów było wtedy zdewastowanych. Na ogromnych przestrzeniach zręby były niezalesione, jako efekt rabunkowej gospodarki okupanta. Ci ludzie podchodzili do tej pracy z dużym entuzjazmem. Ojciec opowiadał mi, że były miesiące, kiedy nie otrzymywali żadnego wynagrodzenia, bo w tych niespokojnych czasach napadano na konwoje z pieniędzmi i w nadleśnictwie brakowało na wypłaty. A bieda była taka, że np. mój ojciec z całą swoją rodziną mieszkał z rodziną gajowego w jednym pomieszczeniu. Dopiero później, kiedy urodziłem się ja i moje rodzeństwo, wynajmowaliśmy jedno pomieszczenie, w którym była i kuchnia, i sypialnia, kancelaria leśniczego, a do tego przewijało się przez nie bardzo dużo osób. I jakoś trzeba było sobie radzić.
- Jest Pan osobą bardzo znaną w środowisku. Las Pan znał od dzieciństwa. Jakby Pan ocenił te 60 lat, jeśli chodzi o zmiany w gospodarce i technice leśnej na Lubelszczyźnie?
- Nastąpił bardzo duży postęp. Leśnicy cały czas doskonalili swoją wiedzę, następowała zmiana w sposobie wykonywania prac leśnych. Zaczynaliśmy od ręcznych pił, potem pojawiły się motorowe piły dwuosobowe, później jednoosobowe polskie Dolpimy i wreszcie nowoczesne pilarki. Teraz też nie trzeba tak ciężko pracować przy załadunku drewna. To olbrzymi postęp, za którym idzie konieczność budowy nowych dróg – samochody wywożą po 40 m sześc. jednym transportem, a kiedyś konikiem wywoziło się po trzy, cztery sztuki dłużycy i przy tym małym nacisku ówczesne drogi wytrzymywały. No i ostatni, bardzo ważny problem, to prywatyzacja prac leśnych, tak przecież ściśle związana z gospodarką leśną. Lasy przeprowadziły ten proces spokojnie, bez tworzenia spółek wewnątrz swojej organizacji, które jak w innych przedsiębiorstwach, np. stoczniach, drenowałyby pieniądze. Nasi byli pracownicy utworzyli firmy, początkowo głównie jednoosobowe i zaczął się kształtować nowy model współpracy. Gdybyśmy chcieli utrzymywać tych ludzi, zapewniać im ubrania, sprzęt, posiłki regeneracyjne, transport do pracy, to nie bylibyśmy w stanie się samofinansować i produkowalibyśmy deficyt skazani na dopłaty z budżetu państwa.
- Ten rok przejdzie do historii jako data wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Jakie związane z tym faktem wyzwania widzi Pan przed leśnikami kierowanej przez Pana dyrekcji?
- Nasze lasy są piękne i bardzo zróżnicowane. Występują tu wszystkie gatunki lasotwórcze, jakie są w Polsce. Oprócz pięknych, dużych kompleksów leśnych Puszczy Sandomierskiej, Puszczy Solskiej, Roztocza, lasów sobiborsko-włodawskich, czy kozłowieckich mamy bardzo dużo lasów rozdrobnionych, w małych kawałkach. Nasza dyrekcja ma też w swojej administracji najwięcej lasów prywatnych w Polsce – ponad 235 tys. ha. Od wielu lat współpracujemy z leśnikami z całej Europy – nie tylko z Unii. Z pewnością nasz model leśnictwa jest wzorcowy i oczekujemy od Unii Europejskiej właściwie jednego – żeby nic nie popsuć. Żeby nadal ta organizacja istniała tak, jak istnieje. Byłoby nieszczęściem moim zdaniem, gdyby Lasy Państwowe zostały rozczłonkowane i podległe zarządowi wojewodów czy starostów powiatowych, co już zaczyna się dziać np. w Niemczech. Tam od 1 stycznia 2005 r. dyrekcje lasów mają podlegać zarządom landów a odpowiednik nadleśnictw, czyli urzędy leśne, powiatom. Już teraz niemieccy leśnicy się tym martwią. Przyjeżdża do nas delegacja leśników z Badenii-Wirtembergii na własny koszt, aby zapoznać się z naszą strukturą, która gwarantuje utrzymanie pięknych lasów.
- Połowę z 60 lat istnienia dyrekcji lubelskiej przepracował Pan właśnie tutaj. Wyrastał Pan w leśnej rodzinie i z problemami leśnictwa żył Pan na co dzień. Co według Pana spowodowało, że w rodzinie Okruchów leśnik jest zawodem rodzinnym?
- Mój ojciec i stryj jeszcze przed wojną pracowali w prywatnych lasach. W czasie wojny oprócz pracy w lesie byli żołnierzami ruchu oporu. Już od najmłodszych lat obserwowałem pracę leśników. Leśnictwo ojca to teren Roztocza z najwyższymi tam wzniesieniami.
To ojciec uczył nas lasu: czego ten las potrzebuje i czego wymaga. Pracowaliśmy z braćmi w szkółkach leśnych, przy pielęgnacji upraw, zabierał nas do wyznaczania drzew doborowych. Uczył nas wyznaczania miąższości drzew, pomagaliśmy obliczać ich masę, bo wtedy to wszystko robiło się ręcznie, bez kalkulatora. Ta praca była tak ciężka i płace tak niskie, że ojciec namawiał nas do wyboru innego zawodu, choć teraz z perspektywy lat uważam, że robił to wbrew sobie. Los zrządził inaczej, znalazłem się w technikum leśnym w Krasiczynie. Tą drogą poszli także moi dwaj bracia: młodszy, Szczepan, jest teraz nadleśniczym w naszej rodzinnej miejscowości Narolu. Starszy, Zbyszek, jest tam strażnikiem leśnym.
- Czy w Pańskiej opinii obecnie zawód leśnika, pomimo nieporównywalnych warunków, ma szansę nadal być zawodem rodzinnym?
- Jak najbardziej. Zresztą tak się dzieje. Teraz różnica jest taka, że ten zawód stał się bardzo atrakcyjny. Choćby w naszej dyrekcji pracuje sporo dzieci leśników. Staramy się, by pracowały one nie w jednostkach, w których pracują rodzice, ale w pobliżu i stwarzamy też choćby podświadomie pewne preferencje. Ludzie wychowani w atmosferze leśnej rodziny lepiej rozumieją te problemy, bardziej są z nimi związani. Mam nadzieję, że będzie tak nadal. Sam żałuję, że nie mam syna, bo pewnie bym go namawiał na leśnictwo. Za to syn brata jest leśnikiem.
- Sporo czasu poświęciliśmy regionalnemu jubileuszowi dyrekcji lubelskiej. Zbiega się on z 80-leciem Lasów Państwowych. Czym dla Pana będzie to święto?
- Na pewno będzie to okazja do refleksji. Można będzie się zastanowić nad tym, co zrobiliśmy, a czego nie. Co zaniedbaliśmy, a co można było zrobić lepiej. Ale samo 80-lecie trzeba uznać za ogromne osiągnięcie leśników, którzy przez te wszystkie lata wiele zrobili dla polskich lasów. Pięknie je odbudowali, poradzili sobie z wieloma kataklizmami, do których w tym czasie dochodziło, jak gradacje szkodników i pożary, jak choćby ten w Kuźni Raciborskiej 1992 roku. Z pewnością trzeba będzie wspomnieć tych wszystkich, którzy swoje życie oddali tym polskim lasom, którzy nie dożyli pięknych jubileuszy. Takim jak nadleśniczy w Strzelcach Włodzimierz Gerung, Rafał Tyrawski w Chełmie, czy dyrektor Eligiusz Elżakowski kierujący lubelską dyrekcją 20 lat. Pamięć należy się wielu nie wymienionym tu z nazwiska.

