Śnieżny tryptyk
Śnieżyca... Dopiero ten, kto fotografuje przyrodę, wie, jak wielką jest rzadkością. I to nie tylko dlatego, że zimy są coraz lżejsze i mniej śnieżne. Piękny opad śniegu, zamieniający pejzaż w bajkę, jest zawsze czymś wyjątkowym. Zjawiskowym, ale krótkotrwałym. Toteż fotograficzne polowanie w tym wypadku wcale nie jest zadaniem łatwiejszym od polowania z aparatem na dzikiego zwierza.
Padający śnieg wpisuje się w szary albo już wcześniej pobielony pejzaż zimy na kilka sposobów. Niezwykle malowniczy bywa śnieg padający powoli, grubymi płatami, choć, niestety, zazwyczaj przez krótką chwilę. Drobny, gęsto sypiący śnieg pozostawia wrażenie mgły. Nawet stosowanie krótkich czasów migawki, powyżej 1/800 sek, choć prowadzi do „zawiśnięcia” płatków, nie pomaga w oddaniu faktury śnieżycy. W pejzażu zawisa szarość. Z kolei opad zacinający, o dość grubych płatkach, pokreśli świat na zdjęciu białymi, nieraz nader efektownymi krechami.
Biała galaktyka
Siedziałem w czatowni w ścianie gęstej świerczyny, na skraju leśnego bajora, powstałego po wielu odwilżach. Co jakiś czas defilowały jego środkiem sarny, czasem biegnąc i efektownie rozbryzgując wodę. W słońcu — atrakcyjny widok. Ale słońce zniknęło w chmurach i zaczął popadywać śnieg. Stopniowo przechodził w gęstą, stateczną śnieżycę. W powietrzu zawisły grube płatki i aż żal mi było, że nie mogę wyskoczyć ze swojego ukrycia z lupą i pooglądać tak dużych śniegowych gwiazdek w powiększeniu. Z mojego namiotu wystawał wprawdzie powiększający teleobiektyw o ogniskowej 300 mm, dołączony do Canona 20D, czyhający na zwierzynę. Nie był jednak, oczywiście, w stanie, jak lupa czy mikroskop, powiększyć płatków. Miał za to zdolność stłoczenia planów, przybliżenia ich do siebie. Czyniąc to, sprawiał, że śnieżyca stawała się jeszcze gęstsza i bardziej regularna.
No, tylko ta nikła głębia ostrości takich obiektywów i, oczywiście, mały kąt widzenia, zgodnie wykluczające możliwość uzyskania efektownego zdjęcia o szerokim planie. Tymczasem śnieg, jakby zawieszony w powietrzu, przegląda się wraz z całym krajobrazem w lustrze wody. Taka sytuacja i tak spokojny, grubopłatkowy opad są możliwe tylko przy bezwietrznej pogodzie, będącej zimą nadzwyczajną rzadkością. Ach, żeby tak teraz oczekiwane zwierzaki nagle wbiegły w kałużę! Cóżby to było za zdjęcie przez śniegową, roztańczoną firankę! Ale spokojnie... Zwierzęta przecież wzburzyłyby wodę, niszcząc cały efekt unikalnego lustra.
Odkręcam więc korpus aparatu od obiektywu, który zostaje przy statywie, a na jego miejsce wprowadzam szerokokątny zoom. Wystawiam go nie bez trudu przez ciasny otwór obserwacyjny mojej budki. W wizjerze ukazuje mi się świat tak pstry od białych punktów, że przez chwilę czuję się jak zawieszony w jakiejś śnieżnej galaktyce. Jeden, drugi strzał z ręki, przy możliwie jak największej wartości przysłony, dla uzyskania znacznej głębi ostrości. Bajka, jak szybko nastąpiła, tak szybko się kończy, w powietrzu krążą już tylko pojedyncze śnieżynki. I teraz kątem oka widzę, że oczekiwane sarny stoją spokojnie na sąsiednim, śródleśnym poletku. Gdybym tam w czasie opadu skierował długi obiektyw, byłoby świetne zdjęcie zza śniegowej ściany... [...]
Tomasz Kłosowski
Więcej na łamach styczniowych „Ech Leśnych”

