Narzędzia osobiste
Jesteś w: Start Media Prasa leśna „Echa Leśne” Archiwum 2007 Echa Leśne 05/2007

Echa Leśne 05/2007

przez Anna Pikus Ostatnio zmodyfikowane 2007-05-21 10:23

W majowym numerze Ech Leśnych m. in. Las z demobilu, W pułapce feromonów, Czas na amory, Jedleńskie gody życia.

EL/05/2007

W numerze:

  • Las z demobilu. Tam gdzie niedawno stały wyrzutnie;
  • Wody! Powrót mokradeł na Mazurach;
  • W pułapce feromonów. Sposób na szkodliwe owady;
  • Zanim się zazieleni. Tak się zaczyna las;
  • Z rolniczego na leśny. Co podpowie natura;
  • Dokąd ciągną pszczoły? Leśne pożytki;
  • Historia zatoczyła koło. Wspomnienie o Simonie Kossak;
  • Matura z przyrody. Kto żyw rusza w plener;
  • Jezioro Głęboczko. Na Kaszubach z dala od zgiełku;
  • Pomorskie buki. Tuż obok Szczecina;
  • Czas na amory. Zaloty leśnych zwierząt;
  • Na kłamliwą nutę. Fotograficzne fortele;
  • Konkursowe dziuple. Frajda dla "odkrywców";
  • Jedlińskie gody życia. Spotkanie artystyczno-przyrodnicze.
  • Dzień nas wszystkich. Święto Ziemi w Warszawie;
  • Biały kwiat leczy. Wyciągi z kasztanowca;
  • Echa minionych lat. Z archiwum "Ech Leśnych";
  • Rozrywka. Krzyżówka panoramiczna;

 

 

Zanim sie zazieleni

Jak tylko zniknie śnieg a mróz pozwoli wbić w ziemię szpadel czy kostur, można ruszać z odnowieniami - rozpoczyna swoją opowieść o odnawianiu lasu Aleksander Selwanowicz, inżynier nadzoru w Nadleśnictwie Siedlce. Laikom może kojarzyć się ono tylko z sadzeniem, ale to z całą pewnością coś znacznie poważniejszego niż wiosna w ogródku.

- U nas to temat aktualny nie tylko ze względu na wiosnę, ale i na fakt, że dwa lata temu blisko 100 ha lasu wywróciły w Siedlcach huragany – mówi inż. Selwanowicz, pokazując uprzątnięte już dziś powierzchnie poklęskowe. - W jednym tylko leśnictwie Wodynie pozostało do odnowienia jeszcze grubo ponad 40 ha – dodaje i podkreśla, że na obsadzenie czekają też zręby wynikające z zeszłorocznego etatu cięć czy gniazda w rębniach, które również wymagają odnowienia.

Odnowienia, czyli wprowadzanie młodego pokolenia drzew na powierzchni, gdzie wcześniej był las. W odróżnieniu od zalesień młode pokolenie lasu wprowadza się na danej powierzchni po raz pierwszy.
- W Siedlcach przejęte do zalesiania grunty już dawno porastają uprawy i młodniki, a odnowienie to proces cykliczny. Co roku zimą się wycina, a wiosną odnawia. A jeżeli do cięć dołoży się jeszcze huragan, to wiosną szpadla nie wypuścisz z rąk! – mówi Aleksander Selwanowicz.

Nic więc dziwnego, że w Siedlcach sadzenie zaczęli już w połowie marca, a robić to będą również jesienią, kiedy na to jest ostatni dzwonek. - Pewnie przyjdzie nam sadzić jeszcze w październiku, ponieważ w tym roku powierzchnia przeznaczona w naszym nadleśnictwie do odnowienia wynosi prawie 60 ha. To dwa razy więcej niż zazwyczaj – wyjaśnia inżynier. - Ale mamy własne szkółki i swój materiał sadzeniowy, co bardzo ułatwia i przyśpiesza prace - uspokaja Mirosław Paszowski, leśniczy prowadzący szkółkę gospodarczą.

sadzonkiOdnowienie sztuczne
„Materiał sadzeniowy” to nic innego jak siewki i sadzonki drzew leśnych wykorzystywane w odnowieniu sztucznym, w przeciwieństwie do odnowienia naturalnego, gdzie wykorzystuje się obsiew z drzew. - W siedleckich lasach odnowienie ma głównie charakter sztuczny - odpowiada zapytany o ten podział Selwanowicz. Aż 60 proc. to siedliska lasowe. Produkcja materiału sadzeniowego skupia się zatem głównie na dębie, a potem sośnie, modrzewiu, brzozie. Te trzy ostatnie gatunki sadzone są na siedliskach borowych, których w Siedlcach jest około 36 proc.

Ilość wysadzanych na hektar sadzonek określają „Zasady hodowli lasu”, a dla nadleśnictwa - plan urządzania lasu, który też określa skład zakładanej po zrębie uprawy. Na korzystnych dla danego gatunku siedliskach liczba sadzonek na hektarze może sięgnąć osiągnąć nawet kilkanastu tysięcy sztuk. Jeśli uwzględnić potrzeby wynikające z poprawek i uzupełnień na uprawie, łatwo dojść do wniosku, że zapotrzebowanie na sadzonki jest zawsze.

 
Szkółka do trudnych zadań
Czasem posiłkują się leśnicy sadzonkami ze szkółki kontenerowej w Skierkach (Nadleśnictwo Jabłonna). – To materiał sadzeniowy z zakrytym systemem korzeniowym, mikoryzowany, który można właściwie sadzić przez większą część sezonu wegetacyjnego. Wykorzystujemy go do zakładania upraw pochodnych bądź odnawiania lasów prywatnych. Niestety jest drogi - wyjaśnia leśniczy Paszkowski, prezentując chłodnie do przechowywania sadzonek w szkółce gospodarczej „Stok Wiśniewski”.

Trzeba bowiem pamiętać, że Lasy Państwowe pełnią nadzór nad odnowieniami lasów nie będących własnością skarbu państwa. A te bywają szczególnie trudne z powodu np. dużego zachwaszczenia czy zaawansowanej degradacji gleby, podobnie zresztą jak zalesienia gruntów porolnych. Potrzebne są więc sadzonki dobrej jakości, takie jak mikoryzowane, z zakrytym systemem korzeniowym.


Jak sobie zaorzesz...
Nie wystarczy jednak tylko wyprodukować materiał i wysadzić go np. na zrębie. To ostatnie byłoby zresztą niemożliwe, a co najmniej bardzo trudne, bez ręcznego i mechanicznego przygotowania gleby: w odnowieniu sztucznym - pod sadzonki, a w naturalnym - pod samosiew. Najczęściej w polskich lasach glebę pod odnowienie przygotowuje się wyorując oddalone co 1,5 m i szerokie na 70 cm bruzdy. Ale i ten, prosty z pozoru zabieg ma swoje reguły i ograniczenia.

- Jak sobie zaorzesz, tak się wyśpisz – żartuje inż. Selwanowicz. Bardzo ważne jest, by przygotowywać glebę jeszcze jesienią. Powierzchnia pozostawiona na zimę w tzw. ostrej skibie, poddana zostaje działaniu temperatury i opadu atmosferycznego, co pozytywnie wpływa na jej strukturę i właściwości mechaniczne. Poza tym jesienne przygotowanie usprawnia prace wiosenne, wiosną nie trzeba już zlecać zakładom usług leśnych (ZUL) orki. Można od razu przystąpić do sadzenie.


Szpadlem lub kosturem
- A tylko pozornie wydaje się ono czynnością łatwą, tego też trzeba się uczyć. „Zielonym do góry” to za mało by powstała dobra uprawa - mówi Aleksander Selwanowicz. - Jedna z podstawowych zasad brzmi: jaki system korzeniowy, taka jamka pod sadzonkę. Czyli w wypadku dębu, który ma dość rozległy układ korzeni trzeba kopać jamkę szpadlem, dla sosny, która ma wyraźnie palowy kształt, wystarczy szpara wykonana kosturem – objaśnia fachowo.

Kostur to nic innego jak szeroki klin osadzony na stylisku z poprzeczną rączką. Klinem wybija się w glebie jamkę pod sadzonkę, czynność wydawałaby się prosta, ale tak się tylko wydaje. Jeśli zrobić kosturem zbyt szeroką szparę, to po zasypaniu wokół korzeni zostaje pusta przestrzeń. Dlatego po włożeniu sadzonki należy strącić bryłkę ziemi, by wypełniła ewentualny jej niedostatek w dołku.

Sadząc należy koniecznie zwrócić uwagę by korzenie swobodnie zwisały, nie zawijały się do góry i nie były poplątane. Dlatego m.in. tak ceni się materiał z zakrytym systemem korzeniowym, który wysadzany jest na powierzchnie z bryłką ziemi, w której od początku kształtował się korzeń. Sadzonkę można też podciągnąć do góry, już po obsypaniu, ale jeszcze przed przydeptaniem. Ale uwaga - szyja korzeniowa drzewka czy sadzonki nie może wystawać ponad glebę.


Wiedzieć jak… sadzenia
Nie dość wiedzieć, jak transportować i umieścić w dołku sadzonkę, czy wykopać jamkę pod dęba lub sosnę. Robić to trzeba w określonym porządku, zachowując odstępy pomiędzy poszczególnymi sadzonkami.
- Sposób rozmieszczenia miejsc sadzenia na uprawie nazywamy więźbą - przypomina Selwnowicz frazę znaną wszystkim adeptom leśnictwa.

O tym czy posadzimy w odległościach 0,5 m czy 0,6 m decydują m.in. siedlisko, wymagania ekologiczne gatunku czy sposób przygotowania gleby. Np. sosnę na siedlisku boru mieszanego świeżego można sadzić bardzo gęsto, nawet 10-11 tys. sadzonek na ha, czyli co 0,7 m (zakładając, że gleba przygotowana jest w bruzdy oddalone o 1,5 m). - Doświadczony pracownik nie potrzebuje miarki czy kija aby odmierzać odległości między sadzonkami. Po prostu widzi – chwali swoich ludzi inżynier nadzoru.


…co i gdzie
Ale zanim się posadzi, trzeba wiedzieć ile czego i w jakim zmieszaniu. Określenie procentowego składu uprawy, jest zadaniem komisji techniczno-gospodarczej. To w trakcie jej prac ustala się gatunki główne, potem domieszkowe i pozornie „trzecioplanowe”, odgrywające bowiem ważną rolę biocenotyczną (np. jarząb, jabłoń dzika czy olsza szara). To bardzo ważne dla różnorodności i biologicznej odporności przyszłej uprawy. Z kolei forma zmieszania ma zapewnić drzewostanowi jak najlepsze warunki rozwoju, z uwzględnieniem wymagań gatunkowych. Np. sosnę na siedlisku boru mieszanego świeżego wprowadza się na całej powierzchni, a gatunki domieszkowe i biocenotyczne w grupach, kępach bądź pojedynczo.

Orientacyjne składy upraw dla nadleśnictwa podaje co prawda plan urządzania lasu, ale leśniczy w terenie powinien też sam dostrzegać mikrozróżnicowanie na przyszłej uprawie, czyli np. w niewielkim obniżeniu terenu posadzić świerka zamiast sosny, wykorzystać ewentualne naloty (młode drzewka z samosiewu) brzozy czy innych gatunków. Żeby je uzyskać zostawia się na zrębach nasienniki, grupy drzew, których zadaniem jest uzyskanie właśnie naturalnego odnowienia, które będzie wkomponowane w uprawę.


Gdy dzieje się coś niedobrego
Na świeżo posadzoną sadzonkę czyha wiele biotycznych i abiotycznych zagrożeń. Sadzonki cierpią tak od słońca, jak i od mrozu. Nierzadko na glebach zwięzłych podczas dużych mrozów może dochodzić do zjawiska wysadzania sadzonek, kiedy to wskutek niskich temperatur są wręcz wypychane z gleby, przez co cierpi wrażliwa szyja korzeniowa. Inne zagrożenia stwarzają grzyby, owady, zwierzęta.

- Jeżeli na uprawie zaczyna się dziać coś niedobrego już kilka miesięcy po posadzeniu, to wiadomo, że nie chodzi tutaj o skutki sadzenia, a zapewne o grzyba bądź owady – mówi inż. Selwanowicz.
Dla sosny tak samo niebezpieczny może być niewielki ryjkowiec szeliniak sosnowiec, jak i potężny łoś. Najlepszą ochroną przed zwierzyną jest grodzenie, ale to jest kosztowne. Na szeliniaka, owada który uchodzi za jednego z niebezpieczniejszych szkodników na uprawie, wykłada się specjalne wałki. Wabiony zapachem żywicy owad jest potem zbierany i niszczony.

Dużo lepiej jednak sadzonki przed posadzeniem potraktować środkiem chemicznym. Trzeba jednak pamiętać, by po ten środek sięgać w odpowiednim czasie, bo szeliniak - jak żartuja leśnicy - „budzi się dopiero na Święto Pracy”, czyli w pierwszych dniach maja.


...a lasów przybywa
- Zastanawiam się niekiedy skąd bierze się dośc powszechne przekonanie , że w lasach przede wszystkim się wycina, nie sadzi? - mówi inżynier nadzoru z Siedlec. - Chyba nie do końca edukacja leśna spełnia swoje zadania albo uczniów ma zbyt opornych – żartuje.

Tymczasem w lasach nie tylko odnawia się co najmniej tyle, ile się wycina, co więcej, odnawia się również obszary leśne, które zostały zniszczone przez pożar, huragan czy okiść. A przecież sadzenie lasu to nie tylko odnowienie, bo i zalesienia. Tylko w latach 2002-2003 w Polsce przybyło prawie 20 tys. ha lasów, to jest tyle, co połowa powierzchni Kampinoskiego Parku Narodowego. A więc skąd to przekonanie?

Tekst i zdjęcia:
Michał Książek

 

Wody!

Gdyby w ulicznej sondzie zadać Polakom pytanie, z czym kojarzą się im Mazury, z pewnością odpowiedzieliby zgodnie: z jeziorami i lasami. Gdzie, jak gdzie, ale na Mazurach wody jest pod dostatkiem. Ale nie do końca jest to prawda. Coraz częściej również w tym regionie kraju dają się słyszeć głosy, że z wodą jest krucho.

Przez wieki Mazury były obszarem, na którym zmagano się z nadmiarem wody. Pierwsze melioracje prowadzili tu Krzyżacy, niektórzy historycy twierdzą, że spowodowało to obniżenie lustra wody jeziora Śniardwy aż o 4 metry. Znacznie później Prusacy pobudowali wydajne systemy melioracyjne, których zadaniem było osuszanie rozległych mokradeł i bagien. Jeszcze po ostatniej wojnie, aż do lat 70., hołdowano poglądom, że to właściwa recepta na „uproduktywnianie” podmokłych nieużytków. Osuszone, przeznaczano pod uprawy rolne, albo zalesiano.


mokradla pion
Projekt godzien laurów
Wiele z dawnych przepustów, zastawek, przemyślnych rowów melioracyjnych i pajęczyny drenów popadło w minionych latach w zapomnienie. Dziś problemem staje się jednak nie nadmiar wody, ale jej niedostatek. Także mazurskie lasy, często w przeszłości wprowadzane „na siłę” na osuszonych terenach, nie są od niego wolne. Okazało się, że natury nie można przechytrzyć.

W dobie powszechnie obserwowanego w kraju spadku lustra wód gruntowych, to dziś podstawowe zmartwienie tutejszych leśników. Przyszło im zatem zmierzyć się z pytaniem, jak odwrócić skutki działalności z uporem prowadzonej przez poprzedników. W tym kierunku zmierza projekt „Renaturalizacja zbiorowisk wilgotno-bagiennych Leśnego Kompleksu Promocyjnego „Lasy Mazurskie”, realizowany przez trzy nadleśnictwa RDLP w Olsztynie: Mrągowo (obręb Mrągowo, wchodzący w skład LKP), Strzałowo i Spychowo. Projekt okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę, czego dowodzi przyznanie mu tytułu „Lidera Polskiej Ekologii” w ostatniej edycji tego konkursu.

Można by rzec, że to przedsięwzięcie ma dwa cele. Pierwszy to poprawienie stosunków wodnych na terenie owych trzech nadleśnictw i zasilenie mazurskich drzewostanów życiodajną wodą, drugi to dążność do zachowania oraz przywracania naturalności wielu unikalnych biotopów, a tym samym dbania o szeroko rozumianą różnorodność biologiczną. Lista rzadkich gatunków flory i fauny jest tu bowiem wyjątkowo długa i rzecz dotyczy już nie tylko lasu, ale i prawdziwych przyrodniczych klejnotów terenów nieleśnych, łąk, bagien, torfowisk, jezior czy cieków wodnych.

Przedstawicielami flory, dla której przedsięwzięcie to może okazać się życiową szansą są m.in.: kosaciec syberyjski, pełnik europejski, chamedafne północna, wielosił błękitny, kruszczyk błotny, listera jajowata czy turzyca bagienna. Ze świata płazów wymieńmy choćby kumaka nizinnego, traszkę grzebieniastą, czy traszkę zwyczajną, z gadów: żółwia błotnego i zaskrońca, z ssaków: bobra, wydrę, wilka, rysia i łosia. Na poprawę warunków bytowania liczyć może wiele gatunków ptaków, w tym: derkacz, żuraw, kania czarna, bielik, orlikkrzykliwy, bocian czarny, puchacz, włochatka, samotnik, kszyk, jarząbek, pluszcz czy zimorodek. Jak widać, nie tylko o przyszłość lasu toczy się ta gra.

W tym sensie program wpisuje się w aktywną ochronę wybitnych wartości środowiska przyrodniczego Pojezierza Mazurskiego, a więc w równej mierze w statutowe zadania leśnego kompleksu promocyjnego, co też jednego z większych w Polsce parków krajobrazowych – Mazurskiego Parku Krajobrazowego.
Jest wreszcie jeszcze jeden aspekt – ponad połowa obszarów ekosystemów mokradłowych objęta została Dyrektywą Siedliskową w ramach europejskiej sieci Natura 2000.

Łapmy wodę u źródeł
Inwestycja ruszyła w 2005 r. Ochrona i renaturalizacja zbiorowisk wilgotno-bagiennych obejmie w sumie 2017 ha. Retencja wodna, głównie gruntowa obejmie w sumie zasoby ok. 4,5 mln sześc. wody. Przyczyni się ponadto do zmniejszenia zagrożenia pożarowego w mazurskich lasach, a przy okazji zmniejszy zagrożenie powodziowe w zlewni rzeki Narew.

Do tej pory zrealizowano blisko jedną trzecią przedsięwzięcia, podzielonego na etapy. Początkowo zamierzano je sfinalizować w 2008 r., ale mając na uwadze pierwsze, bardzo zachęcające efekty, przewidywane są przedsięwzięcia uzupełniające w latach 2008-2009, prowadzone za pieniądze unijne. Pieczę nad tą częścią przedsięwzięcia sprawowałoby już, powołane pod koniec zeszłego roku, Centrum Koordynacji Projektów Środowiskowych LP. Obecnie w 80 proc. projekt finansowany jest przez Ekofundusz - reszta środków pochodzi z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz ze środków własnych Lasów Państwowych.

Zawsze przy takich okazjach pada pytanie: a ile to kosztuje? Ogólne koszty oszacowano 3,5 mln zł. Dużo to czy mało? Jeśli przyjąć, że retencja pozwoli zgromadzić w gruncie wspomniane 4,5 mln m sześć wody, to za każdy metr sześcienny przyjdzie zapłacić 80 gr.

Dla porównania, koszt budowy wielkiego zbiornika, przyjmującego ok. 65 mln m sześc. wody, sięga ok. 740 mln zł, a to oznacza że za retencjonowanie metra sześciennego trzeba zapłacić ok. 11,4 zł, czyli 14-krotnie więcej. Celowo nie podaję nazwy tego ostatniego obiektu, aby nie powstało wrażenie, że budowa olbrzyma nie znajduje uzasadnienia w rachunku ekonomicznym. Pewnie on także jest bardzo potrzebny. Zwróćmy jednak uwagę, jak wiele można osiągnąć wstrzymując wodę blisko jej źródeł.

Nowa logika
Projekt przewiduje budowę licznych urządzeń wodno-melioracyjnych, m.in. 215 progów piętrzących, 37 tam ziemnych, 55 zastawek dębowych, wyremontowanie i usypanie prawie 1,5 km grobli, wykonanie 12 brodów przez rowy i strumienie, 33 oczek wodnych, wykopanie 1,5 km nowych rowów. Na długości prawie 1,5 km zdecydowano się przywrócić stare koryta cieków wodnych, a na kolejnym kilometrze długości odtworzyć naturalne ich meandry i to nie tylko dlatego, że wyglądają bardziej malowniczo, ale głównie po to, aby spowolnić spływ wody, lepiej zatrzymać ją w gruncie.

Ale też, uwaga, znalazło się w projekcie zasypanie prawie 16 km starych rowów i rozbiórka 130 m dawnych grobli. To zastrzeżenie wydaje się jak najbardziej na miejscu, bowiem wielu postronnych obserwatorów poczynań leśników (a dokładniej – poczynań przez nich firmowanych, bowiem prace zlecono wyspecjalizowanym przedsiębiorstwom hydrotechnicznym) już na początku zaczęło się skrobać w głowę: „mówią, że będą meliorować, a zasypują stare rowy, gdzie tu logika?”. Jest w tym zdziwieniu utrwalone długotrwałą praktyką przeświadczenie, że melioracja to tylko osuszanie terenu. Tu zaś widać proces całkiem odwrotny. Ale to przecież też melioracja, bo tu również chodzi o poprawienie stosunków wodnych.

Małe jest piękne bystrok
„Obiekty hydrotechniczne” - to brzmi poważnie. W rzeczywistości wszystkie one reprezentują skalę mikro. Nie ma tu wielkich tam i szerokich kanałów. Żaden z nich nie narusza naturalnego ładu, każdy wkomponowany jest w krajobraz. Nie ma tu jakże częstego zgrzytu pomiędzy przyrodą i bezceremonialnie odważnym dziełem ludzkiej ręki.

Z Andrzejem Rysiem, specjalistą ds. ochrony przyrody i ekosystemów leśnych z Nadleśnictwa Strzałowo oglądam niektóre z tych obiektów. Jednym z charakterystycznych są progi wodne z tzw. bystrotokami. Z naturalnych materiałów (kamień polny, drewno) buduje się niedużą tamę na rowie czy strumieniu. Z jednej strony budowla ta powoduje spiętrzenie, z drugiej zaś, zapewniając łagodny spadek po kamienistym dnie, przyczynia się do natleniania wody. Bystrotok nie jest przeszkodą dla ryb, bezkręgowców, mięczaków i innych zwierząt wodnych, które mogą swobodnie wędrować w nurcie.

- Wiele z tych rowów, które wcześniej odwadniały teren, dziś służy odwrotnemu celowi – mają go nawadniać. Pierwotnie, jeszcze dwieście lat temu, w tym miejscu, były wielkie trzęsawiska i torfowiska. Lasu nie było wcale. Dziś mamy tu łęg, łąkę trzęślicową (nazwa pochodzi od trawy – trzęślicy modrej), a w głębi świerczynę. Świerkowi doskwiera susza, ale wody w równym stopniu brakuje też łące.

Mała retencja, a precyzyjniej mówiąc – renaturalizacja siedlisk mokradłowych – przyczynia się do zmiany charakteru drzewostanów. Tu, za przesuszoną łąką i tymi świerkami, dominuje już sosna, a powinien być sam świerk. Niezbędna dawka wilgoci pozwoli mu odżyć i zregenerować tę łąkę.

Przypomnę, że łąka trzęślicowa stała się w Europie rzadkością, co sprawiło że trafiła do sieci Natura 2000. Kiedyś taką łąkę gospodarz kosił raz w roku, jesienią, w celu pozyskania podściółki dla zwierząt hodowlanych. Kiedy łąki te zaczęto intensywnie nawozić, a potem wielokrotnie kosić, szybko zostały zdegenerowane. Zmiana sposobu użytkowania i odwodnienia stały się w Europie początkiem ich końca
– opowiada Andrzej Ryś historię tego fragmentu lasu.

Takie działania dotyczą tylko tych ekosystemów, które w przeszłości zostały uregulowane (czytaj: odwodnione) przez człowieka. Tam, gdzie przyroda wciąż rządzi się swoimi prawami, leśnicy nie wkraczają. Jednym z ważniejszych celów jest ratowanie mazurskich torfowisk. W swoim czasie Andrzej Ryś opracował plany ochrony torfowisk i mokradeł dla siedmiu okolicznych nadleśnictw.

mokradłaTorfowiska, wiele z nich to prawdziwe unikaty w skali europejskiej, jak gąbka nasiąkają wodą. Ale też, jak zauważa mój rozmówca, praktycznie nie ma tu ani jednego, którego człowiek przynajmniej nie próbował odwodnić, kopiąc rowy, kanały, opaski odwadniające itp. W wielu tych miejscach stanu pierwotnego nie sposób już odtworzyć. Jeśli pokład torfu był płytki i uległ mineralizacji to zmiany są nieodwracalne. Jeśli zaś zachowały się płaty torfowców, to wciąż jeszcze jest szansa uratowania torfowiska przed zagładą.

Każde przedsięwzięcie przypomina nieco logistyczne przygotowanie pola bitwy. Najpierw trzeba zgromadzić odpowiednią dokumentację, potem komplet ekspertyz, opinii i pozwoleń: od wodnoprawnego, po pozwolenia na budowę. Potem wyłonić w trybie zamówień publicznych wykonawcę o stosownych kwalifikacjach. Pamiętajmy – to jest teren wpisany do sieci Natura 2000, a dodatkowo, leżący na obszarze LKP i Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Formalności są zatem żmudne i dość czasochłonne.

Często brak jest jakiejkolwiek dokumentacji systemów drenów odwadniających, zakopanych w ziemi przed laty. Nadleśnictwa nie ustają więc w poszukiwaniach starych niemieckich map, które mogłyby wyjaśnić niejedną tajemnicę obecności wody w jednym miejscu, a potem niespodziewanego zanikania jej w innym. Problemów jest zatem co niemiara. Warto jednak podjąć ten wysiłek, bo natura odpłaci w dwójnasób.

  


 

Cele małej retencji wodnej w lasach to przede wszystkim:
- poprawa uwilgotnienia siedlisk leśnych poprzez podniesienie lustra wody gruntowej na terenach przylegających do zbiorników retencyjnych,
- spowolnienie niekorzystnego odpływu wód powierzchniowych z terenu lasu oraz zahamowanie obniżania się poziomu wód gruntowych,
- wzbogacenie różnorodności biologicznej,
- udostępnienie wody dla zwierzyny,
- względy przeciwpożarowe,
- gromadzenie wody na potrzeby gospodarcze np. dla deszczowni w szkółkach leśnych
- inne względy (np. rekreacja i wypoczynek ludności).
  



Krzysztof Fronczak