Echa Leśne 03/2007
W marcowym numerze Ech Leśnych m. in. Zdążyć przed wiosną, Szaleństwa „Cyryla”, Jaworzyna Krynicka, Porosty, Countdown 2010, Żurawi hejnał

W numerze:
- Zdążyć przed wiosną. Usuwanie posuszu.
- Niech nam rośnie. Zalesienia pod lupą.
- Szaleństwa „Cyryla”. Huragan „Cyryl” powalił 62 mln drzew.
- Pedro jedzie na Węgry. Dzikarnia w Torzymiu.
- Kłopoty z obwodem. Które drzewa są największe?
- Jaworzyna Krynicka. Karpackie buki.
- Brzezień, toki i geofity. Co zwiastuje wiosnę?
- Porosty. Połączenie grzyba z glonem.
- Matuzalem spod Mińska. „Wielka sosna”
- Saga o lesie. Twórczość Danuty Tomaszewskiej.
- Countdown 2010. Wywiad z Tamasem Marghescu - dyrektorem generalnym IUNC Europe.
- Żurawi hejnał. Fotograficzne przygody.
- Zapomniana historia. Jan Seweryn Mehlis - leśnik, żołnierz, nauczyciel.
- U źródeł Wisły. Lasy Beskidu Śląskiego.
- Kora dla zdrowia. Z dębu, kaliny, kasztanowca.
- Echa minionych lat. Z archiwum „Ech Leśnych”.
- Rozrywka. Krzyżówka panoramiczna.
SZALEŃSTWA „CYRYLA”
Media donosiły, że w całej Europie huragan Cyryl powalił 62 mln drzew. Nie ominął i Polski, gdzie wiał z prędkością ponad 130 km/h. W dolnośląskich lasach trwa po nim wielkie sprzątanie.
Żywioł zrywał dachy z budynków i niszczył linie energetyczne. Nie oszczędził także Dolnego Śląska i jego lasów. Szybko okazało się, że zniszczenia na obszarze Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu są największe pośród wszystkich RDLP w kraju. - Straty mogą przekroczyć 1 mln m sześc. grubizny - to tak, jakby zniszczonych zostało 4,5 tys. ha lasów - szacuje Leszek Tomalski, zastępca dyrektora ds. Gospodarki Leśnej w RDLP we Wrocławiu. - Choć żywioł wyrządził poważne szkody, jest to tylko ułamek procenta powierzchni wszystkich lasów zarządzanych przez RDLP na Dolnym Śląsku - uspokaja.
Wśród dolnośląskich nadleśnictw najpoważniejsze straty są w: kamiennogórskim, wałbrzyskim, legnickim i złotoryjskim. - W całej powojennej historii nadleśnictwa nie odnotowaliśmy wichrów o podobnej sile, jednak nie oceniam zniszczeń jako katastrofy - zaznacza Gabriel Grobelny, nadleśniczy nadleśnictwa Wałbrzych - Huragan wyrządził w naszych lasach najpoważniejsze spustoszenia w górach kamiennych i w masywie Wielkiej Sowy. Można się spodziewać, że wystawione leśnikom przez Cyryla rachunki będą słone. - Jest za wcześnie na wycenę zniszczeń. Nie wiemy czy będą to miliony czy dziesiątki milionów złotych - przyznaje Tomalski.
Padło na świerka
Najgorsza sytuacja jest w kamiennogórskich lasach. - Wiatr uszkodził je na terenie całego nadleśnictwa, w tym całkowicie powalił drzewa na powierzchni około 200 ha - ocenia Jerzy Kreń, zastępca nadleśniczego w nadleśnictwie Kamienna Góra.
Zdarzają się miejsca, gdzie tysiące drzew leży skoszonych jak łan zboża. Tak jest w okolicach wsi Błażkowa. Tam dziełem natury jest „zrąb zupełny” o powierzchni 7 ha.
Żywioł uderzył w kamiennogórskie lasy dwukrotnie. Kilka dni po huraganie z 18 i 19 stycznia znowu ostro powiało. I znowu padały drzewa. Na ziemi leży teraz ich więcej niż leśnicy wycinają normalnie przez cały rok. Czarna lista strat nie kończy się jednak na zniszczonym drzewostanie. To także 30 km dróg uszkodzonych przez korzenie padających drzew oraz stracone siatki ochronne wokół upraw leśnych. Smutny bilans w nadleśnictwie Kamienna Góra wciąż nie jest zamknięty.
- Dostęp do wielu miejsc jest nadal bardzo utrudniony. Pełną listę szkód zamkniemy w marcu - ocenia Jerzy Kreń. Już teraz wiadomo, że największe straty są na terenach najniżej położonych. Tam bowiem gleba nie była zamarznięta. W efekcie drzewa rosnące w miękkiej, wilgotnej ziemi padały jak zapałki. Żywiołowi uległy głównie dorodne świerki - drzewa o grubych pniach i z płytkimi systemami korzeniowymi.
- 99 proc. strat w naszym nadleśnictwie to właśnie drzewa tego gatunku – mówi Jerzy Kreń. Huragan pozostawił po sobie w kamiennogórskich lasach przecinki, których szerokość dochodzi nawet do kilometra. Całe szczęście, że nie wszystkie ślady po wichurze na Dolnym Śląsku mają taki katastrofalny wygląd. W wielu miejscach są to wąskie smugi o szerokości do kilkudziesięciu metrów. Nie brakuje grup drzew pozwalanych jedno na drugie w stosy. Wreszcie w krajobrazie po huraganie można dostrzec bardzo wiele złamanych pojedynczych drzew. To najsłabsze okazy, które nie wytrzymały naporu wiatru.
Leśników szczególnie martwią pohuraganowe totalne szkody o powierzchni powyżej 0,5 ha. To prawdziwe leśne pustynie. - Będziemy odnawiać las w pierwszej kolejności na takich właśnie obszarach - zaznacza Gabriel Grobelny. Podszyt, runo leśne uschną, bo będzie tam za dużo światła - twierdzą specjaliści. Wkrótce jednak pojawią się nowe rośliny: chwasty, trawa czy jeżyny. Ci nieproszeni lokatorzy bardzo utrudniają później pracę leśnikom. Dlatego w pierwszej kolejności przystępują do zalesiania takich miejsc.
- Najpierw zasadzimy tam modrzewie, brzozy i świerki - mówi Jerzy Kreń. - To gatunki, które bardzo szybko rosną, nie przeszkadza im też silniejsze światło słoneczne. W drugim rzucie pójdą sadzonki buków i jodeł. Te rosną już wolniej i potrzebują cienia.
Zlikwidować stołówki korników
Dolnośląscy leśnicy mają ręce pełne roboty. Na początku musieli usunąć pozwalane pnie z dróg dojazdowych, potem posprzątać drogi wewnętrzne w nadleśnictwach. Teraz trwa akcja usuwania wiatrozłomów (drzew złamanych) i wiatrowałów (drzew przewróconych przez wichurę). Złomy są szczególnie niebezpieczne dla życia lasów. Powód? Na takie strzaskane drzewa mają prawdziwy apetyt owady. Aby więc nie tworzyć zasobnych stołówek, na przykład dla kornika drukarza - takie drzewa trzeba usuwać jak najszybciej.
- Musimy zdążyć z tymi pracami najpóźniej do lipca, bo wtedy zacznie się wylęganie owadów - mówią leśnicy. Wykroty, których korzenie nadal pobierają z ziemi wodę, nie są już tak atrakcyjne dla szkodników. Takie zamierające drzewa mogą być usuwane w dalszej kolejności. Nie mogą natomiast czekać drzewa, które są zagrożeniem dla ludzi. Na przykład te, które padając oparły się o pnie sąsiadów. Nawet niezbyt silny wiatr może znienacka powalić je ostatecznie na ziemię. A wtedy o nieszczęście nietrudno. W wielu dolnośląskich nadleśnictwach, dla zapewnienia bezpieczeństwa, ogłoszono więc całkowity zakaz wstępu do lasów.
Co jeszcze jest planowane w tym roku w dolnośląskich nadleśnictwach? Na jesieni powinno rozpocząć się odnawianie lasu, czyli sadzenie nowych drzew. Te prace potrwają około dwóch lat.
Powiało w papierach
Żywioł skomplikował sprawę realizacji umów sprzedaży drewna, jakie co roku zawierają wszystkie nadleśnictwa z firmami z branży. Jasno określono w nich ilość drewna, jego gatunki itp. Nie przewidziano tylko jednego: huraganu, który wywróci te plany do góry nogami. Aby ułatwić zagospodarowanie drewna po huraganie, Adam Płaksej, dyrektor RDLP we Wrocławiu zdecydował o wprowadzeniu na terenie wszystkich dolnośląskich nadleśnictw „stanu siły wyższej o znaczeniu regionalnym". - Dzięki temu można na przykład przenosić zapisy z umów z nadleśnictw, które poniosły największe straty do takich, gdzie nie było żadnych szkód – wyjaśnia Leszek Tomalski. - Podejmiemy jednak starania, aby uniknąć zakłóceń na rynku drzewnym - zapewnia.
Nie uda się jednak uniknąć zakłóceń w życiu dolnośląskich lasów. Całkowite zabliźnianie ran, jakie zadał im huragan Cyryl potrwa kilkadziesiąt lat.
Robert Borkacki
KŁOPOTY Z OBWODEM
Dążenie do wyszukiwania i ustanawiania wszelkich możliwych rekordów jest głęboko zakorzenione w naturze człowieka. Tendencja ta nie ominęła również podziwianych przez niego drzew. Od wielu dziesięcioleci mierzy się obwody ich pni, wysokości, próbuje oceniać miąższość i wiek. Najwięcej emocji budzi zwykle ten pierwszy parametr, głównie dlatego, że pozornie jest go najłatwiej określić, ot wystarczy taśma miernicza, a nawet linijka i kawałek sznurka.
Wśród dendrologów, leśników i innych pasjonatów przyrody od dawna trwa więc spór, które drzewo w Polsce jest najgrubsze ( ma największy obwód pnia). Wbrew pozorom, odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta.
Gdzie mierzyć?
Zgodnie z elementarnymi zasadami dendrometrii, obwód pnia drzewa mierzymy na wysokości 1,30 m od poziomu podłoża, choć w niektórych krajach, np. w USA zalecana jest wysokość cztery i pół stopy, czyli 1,37 m. Uzyskujemy wtedy tzw. obwód pierśnicowy, a więc mierzony na umownej wysokości piersi dorosłego człowieka. Według tego kryterium, do najokazalszych drzew w Polsce należą m.in. lipa z Cielętnik (1050 cm), dąb „Napoleon” z okolic Zielonej Góry (1043 cm) oraz dąb „Chrześcijanin” z Januszkowic (1042 cm), a w dalszej kolejności inne dęby i lipy o obwodzie pnia w granicach 1000 cm.
Tymczasem w krajowej literaturze przyrodniczej jako „najgrubsze drzewo w Polsce” bardzo często wymienia się topolę białą rosnącą w Lesznie ok. 30 km na zachód od Warszawy. Ten słynny okaz znajduje się w starym, dworskim parku o nazwie: „Karpinek”.
Ustawiona u stóp drzewa tablica informacyjna głosi, że mamy do czynienia z „najgrubszym drzewem w Polsce o obwodzie 14 m”. Nie dodaje jednak, że obwód ten został zmierzony tuż nad ziemią, na wysokości 10 cm i to niezbyt precyzyjnie, bowiem, według drobiazgowych pomiarów wykonanych przez autorów niniejszego artykułu w latach 2001 i 2005, żaden z uzyskanych na tej wysokości wyników nie przekroczył 13,37 m. Z kolei na wysokości 1,30 m od ziemi (a więc tej „oficjalnej” i porównywalnej z wymienionymi wcześniej drzewami) obwód pnia ustalono „zaledwie” na 996 cm. Wynika z tego, że nie jest najgrubszym krajowym drzewem, i z pewnością przegrywa konkurencję z najokazalszymi dębami oraz lipami, legitymującymi się oficjalnymi pomiarami.
Gdy podłoże jest nierówne
Rozwiązaliśmy zatem pierwszy problem – mierzyć należy na wysokości 1,30 m od ziemi. Pełni zapału stajemy zatem pod drzewem, chwytamy za miarkę i... nagle okazuje się, że pojawia się kolejny kłopot, bowiem podłoże dookoła pnia nie jest równe - z jednej strony wznosi się, a z innej opada. W zależności od tego, w którym punkcie wytyczymy wysokość pomiar wypadnie na innym poziomie, a więc jego wynik może być bardzo różny. Pozornie rozwiązanie jest proste - odwołując się po raz kolejny do dendrometrii, wysokość 130 cm, na której dokonujemy pomiaru, należy wytyczyć od najwyżej wzniesionego punktu podłoża dookoła drzewa. To zasada jest powszechnie stosowana w leśnictwie. Czy w wypadku pomników przyrody, rosnących na pochyłym terenie, okaże się słuszna?
Prześledźmy ten problem na konkretnym przykładzie. Na fotografii 3. znajduje się dąb „Chrobry”, rosnący w miejscowości Białobrzegi nieopodal Płocka. Według oficjalnych danych z rejestru pomników przyrody, jego potężny pień legitymuje się obwodem 870 cm. Jednak znaczna pochyłość gruntu, na którym ów okaz rośnie (ponad 35 st.) sprawia, że po zastosowaniu się do wspomnianych wyżej reguł dendrometrii, obwód ten spada do… 760 cm!!! Dla porównania – rosnący nieopodal po drugiej stronie Wisły dąb z miejscowości Pieczyska Iłowskie (fot. 4) usytuowany na mniej więcej równym gruncie, ma podobny obwód (726 cm), a przecież porównując fotografie 3 i 4 na pierwszy rzut oka widać, że jego pień jest dużo mniej okazały niż „Chrobrego”. Tak więc bezkrytyczne stosowanie zasad dendrometrycznych bywa krzywdzące przy określaniu grubości drzew rosnących na pochyłościach.
Konieczne wydaje się zatem opracowanie dodatkowej zasady pomiaru, wyznaczającej linię obwodu pierśnicowego. Najprostszym wyjściem jest wyznaczenie wysokości 130 cm z dwóch punktów: najwyżej i najniżej położonego dookoła pnia, i dokonanie jego pomiaru na wysokości dokładnie pośrodku tych dwóch uzyskanych linii (rys. 1). Oczywiście, znacznie komplikuje to pomiary, jednak czyni je bardziej miarodajnymi, tym bardziej, że grunt wokół drzewa na skutek różnych czynników, w tym również poprzez wypychanie ziemi przez rozrastające się korzenie, wraz z wiekiem podnosi się.
Jeden pień, ale czy na pewno?
Powróćmy do znanej nam już poczciwej topoli z Leszna. Przyjrzyjmy się jej sylwetce. Nieodparcie nasuwa się myśl, że mamy do czynienia nie z jednym drzewem, ale ze zrośniętą przed wieloma laty grupą, która obecnie sprawia wrażenie monolitu. Czy jednak można z czystym sumieniem traktować ją jako stuprocentowe, pojedyncze drzewo?
Odwoływanie się po raz kolejny do zasad dendrometrii niewiele nam pomoże. Mówią one bowiem, że jeżeli rozwidlenie pni zrośniętych ze sobą drzew następuje powyżej wysokości na której mierzymy obwód pierśnicowy (a więc 1,3 m) mamy do czynienia z pojedynczym drzewem. Pozornie wszystko jest więc w porządku, jednak reguła ta jest uzasadniona raczej w przypadku drzewostanów gospodarczych, nie zaś do poszukiwania rekordowego drzewa. Trudno bowiem traktować zrośniętą grupę drzew na równi z potężnym, jednolitym pniem innego drzewa. Problem ten dotyczy szczególnie często tworzących grupy lip i właśnie topoli. I to jest kolejny powód, dla którego określenie topoli z Leszna najgrubszym drzewem w Polsce nie do końca odpowiada prawdzie.
Pień pniu nierówny
Aby zakończyć temat białodrzewu z Leszna omówimy jeszcze jeden problem pomiarowy, którego to drzewo jest znakomitym przykładem. Przyjrzyjmy się fotografii 7. Przedstawia ona olbrzymią nasadę pnia tej topoli. Pokrywa ją ze wszystkich stron gruba warstwa potężnych tumorów, tj. narośli drzewnych, które zresztą występują także w wyżej położonych partiach kłody. Tumory w znaczący sposób zawyżają obwód pnia. Ponieważ jest to zjawisko naturalne, można by było przejść nad nim do porządku dziennego, gdyby nie to, że obecność tych narośli bardzo utrudnia wytyczenie linii pomiaru obwodu pnia. Autorzy niniejszego artykułu w celu dokonania możliwie dokładnych pomiarów korzystali ze szpilek podtrzymujących taśmę, oraz bardzo szczegółowo korygowali jej położenie za pomocą poziomicy.
Mimo to w kolejnych powtórzeniach uzyskiwano wyniki różniące się nawet o 20 cm. Prawdopodobnie stąd wzięło się te 14 m obwodu podane na tablicy, bowiem przesunięcie wysokości pomiaru nawet o 2-3 cm może dać istotnie różne wyniki. Poza tym tumory drzewne tworzą się dość szybko, ale i stosunkowo łatwo odpadają od pnia. tak więc obwód takiego „tumorzastego” drzewa może być bardzo zmienny w czasie.
Obiektem pomiaru może być także drzewo pochylone. Wysokość 1,3 m od ziemi ustala się prowadząc taśmę równolegle do osi pnia od strony pochylonej (pod spodem drzewa), pomiaru obwodu dokonując prostopadle do osi pnia. Gdybyśmy nie zastosowali tego kryterium i obwód pomierzylibyśmy równolegle do płaszczyzny terenu, to popełnilibyśmy błąd, niesłusznie umożliwiając zajęcie naszemu drzewu wyższego miejsca w rankingu.
Dziuple i inne ubytki
Ostatnim problemem przed jakim stanąć może niestrudzony badacz obwodów pni starych drzew, jest obecność olbrzymich dziupli i ubytków w ich wnętrzu. Ponownie przyjrzyjmy się nasadzie pnia „Chrobrego” z Białobrzegów, ale widzianej od drugiej strony (fot. 9). Zieje w niej olbrzymia dziupla, na tyle duża, że urządzono w niej kiedyś... składzik na narzędzia. Sprawia to, że jego obwód jest niepełny, tj. zanika część wypukłości pnia, będąca niegdyś w miejscu dziupli.
W wypadku niektórych sędziwych drzew pojawia się jeszcze inny problem, wynikający z wykonywanych dawniej zabiegów konserwatorskich, polegających na wypełnianiu dziupli tzw. betonowymi płaszczami lub plombami. Miały one wzmacniać spróchniały pień, a jednocześnie chronić przed wandalami i zaśmiecaniem łatwo dostępnych dla intruzów dziupli. Przy pomiarach obwodów takich drzew, gdzie betonowe pancerze – dziś już na szczęście relikty przeszłości, naśladują naturalną krzywiznę pnia, chcąc nie chcąc uwzględniamy ową protezę. Tym samym wynik pomiaru będzie większy, niż ten sam obwód mierzony bez betonowego wypełnienia.
Czy zatem z czystym sumieniem można porównywać okazy naturalnie spróchniałe i dziuplaste z tymi „naprawionymi” ręką człowieka?
Konkurs trwa
Jak widać, pomiar obwodu pni sędziwych drzew - z pozoru nieskomplikowany, a w rzeczywistości żmudny, kłopotliwy, wymagający niemałej wiedzy oraz wprawy - nie daje niepodważalnych wyników, pozwalających z całą pewnością stwierdzić, któremu drzewu należy się miano „najgrubszego w Polsce”. Aby odpowiedzieć na to pytanie należałoby wytypować listę kandydatów, określić precyzyjnie metodykę wykonywania pomiarów i, ściśle jej przestrzegając, dokonać pomiaru poszczególnych okazów. Nie jest to zadanie łatwe, zwłaszcza, że lista taka powinna być dość długa. Oprócz wymienionych wcześniej drzew, powinna objąć jeszcze co najmniej kilka lub kilkanaście sędziwych dębów, tyleż lip i kilka topól. Warto by również sprawdzić kilka platanów rosnących na zachodzie kraju. Drzewa te powiększają swe gabaryty wyjątkowo szybko i nie jest wykluczone, że to właśnie któryś z owych egzotycznych przybyszów zająłby w tym rankingu pierwsze miejsce.
Wszystkie te okazy, rozrzucone po Polsce, powinny być zmierzone przez jeden zespół i to w ciągu tego samego sezonu wegetacyjnego. Tylko wtedy wyniki byłyby wiarygodne i porównywalne. Nikt się jeszcze nie podjął tego uciążliwego i pracochłonnego zadania. Pozostaje więc tylko mieć nadzieję, że wkrótce to nastąpi i doczekamy się rozwiązania tej intrygującej zagadki naszej ojczystej przyrody.
Tekst i zdjęcia:
Robert Tomusiak, Paweł Zarzyński

