Echa Leśne 1/2006
To było w roku 1991, 13 września. Gdy nad ranem przywieźli Stanisława Chmiela po zawale do szpitala w Gniewie, nagle jego serce przestało bić. Po trzech minutach ruszyło. I bije do dziś.
Pasja drugiego życia
Ksiądz, który namaszczał pacjenta o mało nie zemdlał. Tak po śmierci klinicznej zaczęło się drugie życie leśniczego leśnictwa Brody. Gdy potężny z natury, liczący 56 lat Stanisław Chmiel opowiada o tym wrześniowym feralnym dniu, jego podbródek lekko drga, jest cały niespokojny. Ale za moment twarz mu się wypogadza, pojawia się satysfakcja.
– Za podarowane mi życie, drugie życie – podkreśla – postanowiłem się opatrzności zrewanżować. Po miesiącach rekonwalescencji, gdy wróciłem do pracy, zacząłem z ogromną determinacją gromadzić wszystko, co wiąże się z historią leśnictwa, łowiectwa, również rolnictwa. Dla potomnych, żeby coś po mnie zostało. Jak pan widzi z nie najgorszym skutkiem. Trochę się tego nazbierało.
Od pieczęci po kostury
To „trochę” zostało zgromadzone we wzniesionym przy leśniczówce Muzeum Leśnictwa i Łowiectwa. Większe eksponaty stoją wokół siedziby leśnictwa. Aż trudno uwierzyć, że jeden człowiek, obarczony obowiązkami gospodarowania w trudnych, bo porolnych i „po poligonowych” drzewostanach, był w stanie zebrać te tysiące eksponatów.
– Gospodarz przy piecu nie siedzi, a leśnik tym bardziej. On cały dzień jest w ruchu – odpowiada Stanisław Chmiel. – Ja jestem w ruchu po zawale już ponad 14 lat. I za każdym razem, każdego dnia, gdy się znajdę w Gniewie, Pelplinie, Starogardzie, u kolegów leśników czy gdziekolwiek indziej, zapala mi się takie światełko: „Stachu, rozejrzyj się, może tu też znajdziesz coś do muzeum?” I zwykle znajduję. Nie mówię o planowanych wyprawach do punktów skupu złomu. Stamtąd nigdy nie wracam z pustymi rękami.
Trudno się więc dziwić, że wnętrze liczącego około stu metrów kwadratowych muzeum pęka w szwach. Wszystko w nim jest wykorzystane: podłogi, ściany, specjalne wystawiennicze stoły, różne gabloty a nawet sufit. Gros zebranych eksponatów stanowią stare mapy, obrazujące m.in. dawne granice nadleśnictw: Pelplin, Swarożyn, Starogard Gdański. Imponuje pokaźny zbiór wszystkich możliwych przedwojennych instrukcji dla leśników i nadleśniczych. Nie brak także dokumentów, którymi posługiwali się przed wojną prywatni właściciele lasów, jest na przykład plan urządzenia gospodarstwa leśnego dla majątku Modrowo, pochodzący z połowy lat 30.
– To jeden z moich białych kruków – wyjaśnia leśniczy. – Inny to katalog towarów dla leśników, który im rozesłano też w połowie lat 30. Ale za najcenniejszy eksponat uznaję pieczątkę Nadl. Pelplin sprzed I wojny światowej, którą przekazał mi dawny sekretarz tego nadleśnictwa.
Leśniczy jest również dumny z tego, że udało mu się zgromadzić prawie komplet sprzętu łącznościowego: liczącą grubo ponad pół wieku centralę telefoniczną, telefon na korbkę, wreszcie kamerę… też na korbkę. Są i inne kolekcje: grace do pielenia upraw, kostury (metalowe, niemetalowe, trójkątne, używane tylko w górach), unikatowy przyrząd do wybierania sadzonek z bryłką ziemi i wreszcie ażurowa, leciutka jak piórko waga do nasion.
W kącie po prawej stronie od wejścia Stanisław Chmiel eksponuje mundury służby leśnej oraz dystynkcje z różnych okresów. Oddzielną kolekcję stanowią służbowe czapki. Przykrywały głowy szefów nadleśnictw od okresu międzywojennego, przez powojenny aż po ostatnie lata.
– Jest pan zdziwiony, że przed tymi mundurami „siedzi” stadko ptaków? – zgaduje leśniczy. – Ustawiłem je na podium, bo nasi goście to głównie uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów. To z myślą o nich tak urozmaiciłem tę cześć wystawy. Żeby się nie znudzili. Bo nuda to największy wróg muzeów.
W azylu
Integralną częścią niezwykłej sieci edukacji leśnej, w którą leśniczy z pełną premedytacją wplątuje swoich gości, jest też azyl dla chorych zwierząt, poszkodowanych w rozmaitych sytuacjach. Dzisiaj w tym azylu jest kilkunastu lokatorów, głównie skrzydlatych. I tak w chlewiku na czas zimy zamieszkał łabędź, który podczas nauki fruwania uszkodził sobie kręgosłup.
– On nie fruwa, nie chodzi tylko się czołga. Latem puszczam go na stawek, bo z pływaniem radzi sobie całkiem dobrze. Ale na wolności nie miałby żadnych szans na przetrwanie. Dlatego będzie moim dożywotnim pensjonariuszem – opowiada Stanisław Chmiel.
W tym samym chlewiku, ale oddzielnie, mieszkają bocian biały i bocian czarny. I one podzieliły los łabędzia. Obydwa straciły w nieznanych okolicznościach skrzydła. W sąsiednich dwóch kojcach baraszkują dwie rodziny sympatycznych, czarnych jak smoła, wietnamskich świnek. Jak na komendę wystawiają ryjki do obiektywu, czym wzbudzają aplauz i salwy śmiechu wśród zwiedzających.
Na zewnątrz, w zabłoconej niemiłosiernie zagrodzie, tapla się para dzików. Locha waży grubo ponad sto kilogramów, odyniec z pokaźnymi szablami chyba ze 160. To ozdoba obejścia leśniczego. One też należą do grupy stałych lokatorów, podobnie jak dwa kozły, które wcześniej trzymali na sznurku gospodarze pod miejscowością Nowe.
– Przywieźli je tutaj myśliwi i też mają dożywocie, bo niedomagają ruchowo i źle widzą. Na wolności nie przetrwałyby doby. Pierwszy lis, pierwszy pies by je załatwił. A tak, żyją i cieszą oczy moich gości – objaśnia leśniczy.
Po sąsiedzku strzyże uszami sarna z parą młodych koźlątek. Jakiś rolnik trzymał ją w Swarożynie. Raz sarnę wypuścił i wtedy z napotkanym kozłem poswawoliła. Potem poraniły ją psy i zmasakrowana trafiła do azylu. Wylizała się z ran, a na wiosnę wydała na świat dwa koźlaki. I tu, w Brodach je wychowuje.
W długim rzędzie wolier Stanisław Chmiel ma również lokatorów, których nie powstydziłby się nawet średniej wielkości ogród zoologiczny. W jednym siedzą złote bażanty, w drugim srebrni przedstawiciele tego gatunku, w kolejnych chińskie kurki. Dwa ostatnie pomieszczenia zajmują skrzydlate drapieżniki: jastrząb i myszołów. Ten ostatni uderzył skrzydłem w słup wysokiego napięcia i je stracił. Od dwóch lat żywi się drobiem i też ma w Brodach dożywocie. Tylko jastrząb, który w sierpniu zapędził się za gołębiem i wpadł przez okno do domu, zbyt długo w leśniczówce nie zabawi.
– On już się ze swoich ran wylizał, ale wypuszczę go dopiero na wiosnę. Wtedy łatwiej mu będzie zaadaptować się do życia w wolnym stanie – żartuje Stanisław Chmiel.
Najbardziej interesującym pensjonariuszem azylu był kruk. Dzieciaki przyniosły go do leśniczówki z pobliskich Dębin. Był cały poturbowany. W ciągu trzech miesięcy wyzdrowiał i w tym czasie dał się poznać jako ptak przebiegły i bardzo inteligentny. Wypuszczony trzy lata temu pięknie odfrunął, a leśniczy do dziś żałuje, że go już nie ma.
Może Wojciech tu wróci
Niedaleko wolier w szeregu stoją pomalowane na zielono maszyny rolnicze. To już historia rolnictwa: żniwiarka, roztrząsacz do siana, koparka i sadzarka do ziemniaków, kosiarka do zbóż i siana, sieczkarnia, a na końcu silnik do młockarni.
Kilkanaście metrów dalej, pod lasem, stoją maszyny do prac leśnych. Ta niezwykła kolekcja zainteresowałaby pewnie nie tylko miłośników historii leśnictwa. Najciekawszy wydaje się być rębak, wyglądający jak mamut sprzed epoki lodowcowej. Jeszcze przed dziesięciu laty służył do produkcji zrębków opałowych i dla potrzeb przemysłu płyt pilśniowych.
Jakiegoś przedpotopowego stwora przypomina też spryskiwarka służąca do naziemnego zwalczania szkodliwych owadów, wycofana z użytku ponad 15 lat temu. W kąciku maszyn leśnych znajduje się jeszcze zgrabiarka do oczyszczania powierzchni z pozostałości po zrębach przed uprawą gleby pod odnowienia lasu, konne pługi i pogłębiacze leśne – podstawowe narzędzia do przygotowania gleby pod odnowienia i zalesienia, wreszcie kolczatka do wykonywania jamek pod sadzonki sosny, głównie na gruntach porolnych.
Te eksponaty to integralna część Muzeum Leśnego. Wraz z azylem i ścieżką dydaktyczną oplatającą leśniczówkę stanowi ono idealny obiekt dla edukacji leśnej. I tak jest wykorzystywane. W sezonie do Brodów przyjeżdża grubo ponad sto grup młodzieży. Stanisław Chmiel oprowadza każdą z nich w trzy, cztery godziny. Ale nie tylko młodzi tu przyjeżdżają. Dorosłych wabi Ogród Uciech – przepięknie położony, tonący od wiosny do jesieni w kwiatach obiekt z czterema wiatami, kręgiem na ognisko, a nawet podestem dla przemawiających albo wznoszących toasty. Mieszkańcy Starogardu, Gniewu, Tczewa i Trójmiasta korzystają z niego, urządzając uczty weselne, chrzciny, najrozmaitsze rocznice i wieczory integracyjne, a nadleśnictwo na tym zarabia. Bywają tu też politycy, posłowie, senatorzy. Gościł w Brodach Płażyński, Pastusiak, Tusk oraz wielu innych, znanych z pierwszych stron gazet i wszyscy się tu czuli bardzo dobrze. Jak widać nie bez powodu Stanisław Chmiel jest permanentnym laureatem konkursu na najlepszą leśniczówkę RDLP Gdańsk.
– To według mnie urodzony społecznik, zakochany w młodzieży, a nade wszystko profesjonalista. Jako szef Związku Leśników Polskich wiele zrobił również dla swojej grupy zawodowej. Dom dla dziesięciu rodzin robotników leśnych, który z jego inicjatywy postawiono w Nicponi, stoi do dziś. Wykupione mieszkania zajmują pracownicy ZUL i są z nich bardzo zadowoleni – mówi Roman Tomczak, nadleśniczy Nadl. Starogard Gdański.
Nie potrafi wytłumaczyć, skąd Stanisław Chmiel znajduje czas na to wszystko i jak mu się udaje pogodzić obowiązki zawodowe z profesją muzealnika, ale przyznaje, że wszystko u niego gra. I w muzeum, i w dorastających lasach, i w uprawach znajdujących się w granicach liczącego 1500 ha leśnictwa wszystko funkcjonuje jak należy. Stanisław Chmiel, absolwent pomaturalnego technikum leśnego w Tułowicach, pracuje na medal. A właściwie już na niego zapracował, bo ma Złoty Krzyż Zasługi, m.in. za doprowadzenie do znakomitego stanu leśniczówki, którą w 1979 r. przejął w ruinie…
Leśniczy twierdzi, że wszystko zawdzięcza opatrzności, od której dostał szansę na drugie życie. Na pytanie o marzenia, plany na przyszłość odpowiada, że ma dwóch synów: Wojciecha i Tomasza. Ten drugi służy w Marynarce Wojennej – jest bosmanem na „Piorunie”, okręcie rakietowym. 27-letni Wojciech poszedł w ślady ojca. Na razie jest podleśniczym w leśnictwie Przetoczyno leżącym w Nadl. Gdańsk. A później? Gospodarz woli nie zapeszać, ale nietrudno się domyślić, co mu się marzy…
Eugeniusz Pudlis

