Echa Leśne 10/2006
W październikowym numerze Ech Leśnych m. in.: Karły i giganci - tajemnicze grzyby, Głuszcowi na ratunek, Jesienne poszukiwania szkodników pierwotnych sosny, NATURA 2000, Drapieżcza natura.
KARŁY I GIGANCI
Z prof. Andrzejem Grzywaczem, kierownikiem Zakładu Mikologii i Fitopatologii Leśnej Wydziału Leśnego SGGW, rozmawia Eugeniusz Pudlis.
Mówi się, że grzyby to pośrednicy między życiem a śmiercią, ponieważ zamykają obieg materii w przyrodzie. Czy to ich najważniejsza rola?
— Przyroda faktycznie funkcjonuje w obiegu zamkniętym. Jak byśmy dziś powiedzieli: w recyklingu, bezodpadowo. Są więc producenci, czyli rośliny, konsumenci — zwierzęta i reducenci. Do tych ostatnich zalicza się bakterie i grzyby, które rozkładając martwą materię rzeczywiście zamykają jej obieg.
Człowiek też jest konsumentem i dla niego grzyb: duszony, smażony, marynowany czy suszony kojarzy się głównie z potrawami, a przecież nie tylko w kuchni gra pierwszorzędną rolę.
— W Polsce jest około 14 tysięcy gatunków grzybów. Wykorzystujemy tylko ich drobną część. Spośród setek gatunków, które posiadają walory odżywcze, wrzucamy do koszyków może kilka procent. Kupując nystatynę, penicylinę czy inne antybiotyki, nie pamiętamy, że produkuje się je z grzybów. Kefir to również produkt z mleka, rozkładanego przez grzyby. Podobnie jest w wypadku serów typu camembert, rockford czy brie. Dziesiątki sosów, używanych w kuchni chińskiej to też wynik działania mieszanki bakterii i grzybów na soję. Przykłady można mnożyć.
Podobno Chińczycy zdominują olimpiadę w Pekinie właśnie dzięki specyfikom produkowanym z grzybów. Ponoć mają właściwości dopingowe i… są nieobecne na listach zakazanych medykamentów.
— To jest wiedza trochę tajemna. W Chinach, na Tajwanie, w całej Azji Południowo-Wschodniej grzyby są bardzo wysoko cenione jako źródło wielu substancji biologicznie czynnych. Niewykluczone, że są one używane w celach dopingowych i to, przynajmniej na razie, bezkarnie. Świat ich po prostu nie zna. Na przykład na Tajwanie są apteki, w których sprzedaje się leki geriatryczne, cytostatyczne, produkowane wyłącznie na bazie grzybów. Ale sposób produkcji tych środków, nawet nazwy stosowanych grzybów, trzymane są w głębokiej tajemnicy.
Dlaczego w przeciwieństwie do roślin, o których mówi się, że są „Dziećmi Słońca”, grzyby nazywane są „Dziećmi” Księżyca?
— Bo są organizmami niezwykłymi, tajemniczymi.
Czy dlatego, że na przykład świecą?
— Świecenie grzybów to nic nadzwyczajnego, świeci nawet nasza rodzima opieńka, promieniując słabiutkim światłem. Są jednak grzyby, które potrafią oświetlić wnętrze namiotu. Ale nie w tym tkwią największe sekrety Królestwa Grzybów. To jest grupa organizmów zawierających substancje, których nie ma nigdzie indziej.

Co to za substancje i jak są wykorzystywane?
— Niektórymi grzybami halucynogennymi próbuje się leczyć depresje, uzależnienia alkoholowe. Twórcy nowych technologii, np. PCR (wykorzystują analizę DNA), mają nadzieję, że wybrane składniki grzybów można będzie stosować nawet do stymulacji intelektu. Podejrzewam, że grzybami interesuje się również wojsko, bowiem są one źródłem substancji, które paraliżują, odurzają, a więc unieszkodliwiają wroga. A o tym, jak silne potrafią być syntetycznie poprawiane substancje z grzybów halucynogennych przekonano się cztery lata temu, podczas uwalniania zakładników w moskiewskim Teatrze na Dubrowce, opanowanym przez terrorystów. Użyto wtedy pochodnej fentazylu, o sile działania ponad tysiąc razy większej niż morfina, do tego związków superlipofilnych, a więc takich, które doskonale wchłaniają się przez skórę i oddziałują bezpośrednio na centralny układ nerwowy.
Niezwykłość grzybów manifestuje się również tym, że istnieje ogromna rozpiętość ich wielkości.
— Grzyby to karły i giganci. Kilka lat temu w piśmie „Nature” ogłoszono, że największym organizmem na świecie nie są wcale płetwale olbrzymie, ważące do 160 ton ani drzewo mamutowca, które potrafi ważyć do 6 tys. ton, lecz… opieńka ciemna. Taki grzyb, żyjący do 2000 lat, potrafi rozprzestrzenić się na obszarze 800 i więcej hektarów. A wyrósł — co udowodnili genetycy — z jednego zarodnika!
W Polsce też nie brak gatunków grzybów, które z różnych powodów interesują naukowców.
— W tej chwili prowadzimy w zakładzie kilka prac badawczych. Jedna dotyczy obserwowanego zjawiska zamierania olszy. Powodów jest wiele, o czym mogliśmy przekonać się, prowadząc badania w woj. lubelskim i dolnośląskim. Grzyby — konkretnie Phytophthora, również opieńki, huba korzeni też mają w tym swój udział i właśnie nimi się zajmujemy. Inny temat to czynna ochrona grzybów zagrożonych wyginięciem.
Jakie gatunki rosnących w Polsce grzybów wymagają takiej pomocy?
— Niezwykle rzadki jest na przykład modrzewnik lekarski, występujący na modrzewiu europejskim w postaci huby, a w Polsce w zasadzie tylko w okolicach Góry Hełmowej w Świętokrzyskim Parku Narodowym. On jest na czerwonej liście gatunków zagrożonych. A warto go chronić, bo ma właściwości rakostatyczne. Pracownicy zakładu zaszczepili grzybnię tego gatunku na modrzewiach i przyjęła się. Ale to tylko częściowy sukces. O całkowitym można będzie mówić, gdy huba wyda owocniki, a na to trzeba poczekać. Z czyrem brzozy nie udało się. Na pożywce rośnie, ale na zaszczepionym drzewie — nie chce. Nie wszystkie grzyby pozwalają od razu odkryć swoje tajemnice.
Tegoroczny sezon grzybowy okazał się wyjątkowo udany, grzybów w bród. Przez lasy przewinął się tłum grzybiarzy…
— Obliczyliśmy, że w Polsce zbiera się rocznie około 20 tys. ton świeżych grzybów, o wartości rynkowej 200 — 300 mln zł. W tym roku, faktycznie wyjątkowym, ich wartość sięgnie pół miliarda złotych. Co lasy z tego mają? Tylko kłopot. A przecież powinna być jakaś niewielka rekompensata, środki, które posłużyłyby choćby na regenerację runa.
DRAPIEŻCZA NATURA
Bestia czai się w mroku. Doskonały węch, silne mięsnie, ostre kły i pazury. Bezszelestnie zbliża się do niczego niespodziewającej się ofiary... Taki obraz przychodzi na myśl na dźwięk słowa drapieżnik. Jednak aż tak bezwględni krwiożercy stanowią nikły ułamek leśnych drapieżców.
Drapieżnikami, z wilkiem na czele, straszeni byliśmy od dziecka. Swoje dołożyli także myśliwi, snując różne opowieści. Niektóre z nich, zwłaszcza o rysiach czatujących na ludzi, wynikały po prostu z niedokładnych obserwacji tych zwierząt. Spłoszony ryś nie ucieka jak najdalej się da, tylko zatrzymuje się w bezpiecznej odległości i obserwuje napastnika (w tym wypadku człowieka), co bywało interpretowane jako czajenie się na ofiarę.
ZŁY WILK, DOBRY MIŚ
Najgroźniejszym drapieżnikiem żyjącym w naszym kraju jest niedźwiedź. Na szczęście jeszcze nie doszło do wypadku, ale biorąc pod uwagę fakt, że w turystycznych rejonach gór niedźwiedzie przestały bać się ludzi, a i niektórzy turyści zachowują się nierozsądnie, może dojść do tragedii. O sile „misia” świadczy choćby odnotowany nie tak dawno wypadek zaatakowania i zabicia przez niego żubra w Bieszczadach. Będąc na Białorusi oglądałem resztki konia zabitego przez niedźwiedzia oraz budzące respekt ślady potężnych pazurów na pniu drzewa. I w przeciwieństwie do wyolbrzymionych opowieści o wilkach, wypadki zaatakowania człowieka przez niedźwiedzia zdarzają się każdego roku — zarówno na północy Europy, Syberii, jak i w Ameryce Północnej. Ostatnio niedźwiedź, żywiący się resztkami pożywienia ze śmietnika, zabił człowieka w Rumunii. Ciekawi też fakt, że w odróżnieniu od wilka niedźwiedź, niezależnie od kontynentu, cieszy się wśród ludzi całkiem dobrą opinią. Panicznie bojący się wilków Amerykanie obok misia Jogi, mają też i niedźwiadka Smoky — będącego symbolem walki z pożarami lasów. Podobnie jest w Rosji, gdzie „miszka” jest pozytywnym bohaterem wielu bajek i legend.
CIĘŻKI ŻYWOT
Ale nawet pomijając kwestię braku sympatii ze strony człowieka, drapieżniki nie mają łatwego życia. Badania dzikich kotów dowodzą, że średnia długość ich życia na wolności wynosi tylko trzy lata, a śmiertelność w pierwszym roku życia sięga 80 proc. Atak na ofiarę to bardzo duży wysiłek energetyczny. Gdy jest chybiony, to szczególnie w niesprzyjających warunkach powoduje niepotrzebną utratę siły. Dlatego nawet wygłodzony drapieżnik nie atakuje za wszelką cenę. Woli poprzestać na mniejszych zdobyczach, których jest pod dostatkiem, jak myszy lub żaby...
Biorąc pod uwagę liczbę zabijanych ofiar, o wiele bardziej żarłocznymi drapieżcami są drobne ssaki owadożerne. Zwłaszcza ryjówki, które ze względu na bardzo szybką przemianę materii muszą jeść niemal bezustannie, a kilka godzin bez pożywienia oznacza dla nich śmierć. Ze względu na trapiący je wiecznie głód, nie tracą czasu na coś, co nie jest szukaniem pożywienia. Ryjówka, żeby przeżyć, musi zjeść więcej niż sama waży — aż strach pomyśleć, co by było, gdyby takie potrzeby miał wilk lub ryś.
Latem o pokarm jest łatwo, ale zimą? Aby łatwiej było przetrwać, ryjówki zmniejszają masę ciała, a niektóre gatunki, jak np. ryjówka średnia zmniejsza nawet objętość mózgu i puszki mózgowej. Równie żarłoczny jest bliski krewny ryjówki — rzęsorek rzeczek. Jest jednak jeszcze bardziej wyrafinowanym myśliwym, gdyż do uśmiercania ofiar używa zawartego w ślinie jadu.

SZPONIASTE I NIE TYLKO
Innym symbolem drapieżnika jest ptak drapieżny, a przecież większość ptaków jest drapieżna. Chwytają swoje ofiary szponami i zwykle za ich pomocą uśmiercają pochwyconą zdobycz. W ciężkich chwilach nie gardzą też padliną, pełniąc funkcję ostatniego ogniwa w łańcuchu pokarmowym, czyli tzw. reducentów. Symbolem padlinożerców jest sęp, ale i bielik, jak musi, zadowoli się ścierwem.
W lesie w okresie wiosenno-letnim również większość drobnych ptaków owadożernych odżywia się białkiem zwierzęcym. Muszą też wykarmić głodne potomstwo. Dlatego cały dzień upływa im na poszukiwaniu pokarmu. A przecież mało komu, słuchając śpiewu słowika, kosa lub oglądając filigranową świstunkę przyjdzie na myśl, że jest to równie bezwzględny drapieżnik jak wilk czy ryś.
W sezonie lęgowym na pokarm zwierzęcy przestawiają się także większe ptaki, czego przykładem jest sójka, która nie gardzi jajami i pisklętami innych ptaków, oraz sroka. W niektórych, uchodzących za rozwinięte, krajach anglosaskich jeszcze niedawno sójki były prześladowane jako szkodniki i próbowano uwolnić od nich las za pomocą dubeltówki.
Również ozdoba lasów i miejskich parków, ulubieniec dzieci — wiewiórka nie pogardzi pokarmem zwierzęcym, a zwłaszcza jajami ptaków lub pisklakami. I zdaniem tych, którzy widzieli wiewiórkę w „akcji” jest to jeden z najbardziej sadystycznych drapieżników. Zwierzęta mięsożerne najpierw zabijają swoją ofiarę. Będąca gryzoniem wiewiórka — nie zawsze. Zdarza się, że zjada ją żywcem, zaczynając od nogi lub skrzydła.
Drapieżnikami są także nasze płazy i gady. O ile jednak można to sobie wyobrazić w wypadku węża lub jaszczurki, znacznie trudniej w wypadku żaby lub ropuchy. A tymczasem na niektórych terenach płazy liczbą zjadanych owadów dorównują ptakom. Przoduje w tym ropucha szara — jeden z najpospolitszych leśnych płazów. Ze względu na miejsce i sposób polowania oraz nocną aktywność, płazy „wypełniają lukę” w działalności skrzydlatych lub czworonożnych drapieżników. Do tego zjadają także ofiary przez nie pomijane — włochate gąsienice, cuchnące pluskwiaki oraz stonkę ziemniaczaną.
PRZEDE WSZYSTKIM OWADY
Pod względem liczebności największą grupę drapieżników stanowią oczywiście bezkręgowce, na czele z owadami. Tutaj też mamy prawdziwe bogactwo sposobów polowania, chwytania i uśmiercania. Pułapki, sieci, szczęki, żądła, kłujki, paraliżujący jad… Różne też strategie — bierne, jak np. czyhający w sieci pająk, lub czynne, polegające na wyszukiwaniu ofiar, jak to robią biegacze, trzyszcze lub drapieżne błonkówki. Ale nawet niektóre pająki wyłamują się ze schematu biernego czekania na ofiarę. Skakuny dzięki wielkim, działającym jak teleskopy oczom wypatrują zdobycz, podkradają się do niej, skaczą i zabijają lub paraliżują jadem. Samice innych pająków — kwietników, potrafią nawet dostosować barwę ciała do barwy kwiatka, na którym czekają przyczajone. Pojawiła się nawet daleko idąca specjalizacja — nie tylko w budowie szczęk czy innej broni, ale także w budowie całego ciała. Przykładem może być spłaszczone ciało żyjącego pod korą, kamieniami i ściółką drewniaka pospolitego. Ten powszechnie występujący w naszych lasach parecznik jest bliskim krewnym żyjącej w południowej Europie jadowitej skolopendry.
Zwodniczy też bywa wygląd — łatwo uznać za drapieżnika szerszenia lub ważkę. Gorzej — delikatną wielbłądkę zwyczajną lub złotooka, a są one doskonałymi łowcami mszyc. Specjalizują się w tym nie tylko owady dorosłe, ale i larwy. Złotook nawet bywa wykorzystywany do biologicznego zwalczania szkodników. Równie bezwzględnymi drapieżnikami są biedronki. Jedna larwa potrafi zjeść kilkaset mszyc. Będąc przy mszycach nie sposób pominąć mrówek, których drapieżność jest powszechnie znana. Ponieważ jednak ulubionym pokarmem mrówek jest wydalana przez mszyce spadź, to bronią one kolonii mszyc przed zjedzeniem.
Na mrówki z kolei polują larwy mrówkolwa. Jest to swego rodzaju ideał drapieżnika — ubarwienie zlewające się z podłożem, potężne cęgi do chwytania ofiary i odwłok niczym wór do magazynowania pokarmu. Natomiast dorosłe postacie mrówkolwa żywią się między innymi mszycami. Czyżby więc chodziło o zwalczanie konkurencji…
Drapieżnymi określa się także rośliny, a raczej tych parę gatunków, które w ten sposób uzupełniają braki azotu, żyjąc w jałowych środowiskach. Jest to oczywiście bierny sposób polowania. Czy ktoś jednak słyszał o drapieżnych grzybach? A jednak — śluzowce, których kilkadziesiąt gatunków żyje w naszych lasach nie dość, że posiadają możliwość przemieszczania się, to jeszcze wchłaniają i trawią napotkane drobnoustroje.
Jak widać, czy nam się to podoba czy nie, zjadanie innych jest w przyrodzie powszechnym sposobem zdobywania pokarmu. Odżywia się tak wiele organizmów, od prymitywnych stułbi i gąbek, po wyżej zorganizowane, z gatunkiem homo sapiens na czele.
Tekst i zdjęcia:
Grzegorz Okołów


