Echa Leśne 08/2005
Niuńka jak górnik fedruje w ziemi. Podrzuca wielkim nochalem grudki ziemi, ryje, prycha, przystaje skupiona. Szybki ruch zębów i Niuńka już pomlaskuje. Malutka Dzidzia nie odstępuje jej na krok. Chyba myśli, że Niuńka jest jej matką. Obie kopią dołek w ziemi, moszczą się w nim, układają, Dzidzia wtulona w Niuńkę. Fajrant.
Dzik na etacie
Gdy Niuńka i Dzidzia, mieszanka dzika i świnki wietnamskiej, wygrzewają się na zalanym słońcem ugorze, w obórce słychać ciężki oddech Mańki. Bo Mańka właśnie się prosi. Leży na słomie, sapie i nie może się doczekać, kiedy wreszcie jej potomstwo przyjdzie na świat. Co prawda Mańka wie, czego się spodziewać, bo już raz rodziła, jednak straszny dzisiaj upał i przyszła matka ma minę, jakby wszystkiego miała już dość. Jedynie wizyta pana Alojzego sprawia jej przyjemność. – Leż malutka, leż, już niedługo będzie ci lżej. Nie wstawaj, odpoczywaj – pan Alojzy czule przemawia do wielkiej czarnej lochy, daje łakocie, delikatnie klepie po łopatce. Mańka z zadowoleniem postękuje, szczęśliwa, że ktoś pochylił się nad jej świniodziczym losem.
– Ciąża u świniodzików trwa dokładnie trzy miesiące, trzy tygodnie i trzy dni – opowiada Alojzy Tomczak, leśniczy ds. szkółkarskich Nadleśnictwa Rzepin (RDLP Szczecin). – Można dokładnie wyliczyć, kiedy locha będzie miała prosiaki. Dlatego wiem, że to właśnie dzisiaj do trzech świniodzików, które „pracują” w naszej szkółce, dołączy kilka nowych. Albo kilkanaście. Poprzednio Mańka miała jedenaścioro prosiąt.
Dzieci rozwiązłej świnki
Alojzy Tomczak nie pamięta, kiedy wpadł na pomysł, by „zatrudnić” dziki na etatach szkółkarza.
– Na pewno było to kilkanaście lat temu – wspomina. – Odkąd pamiętam, szkodniki były zmorą naszych upraw. Turkuć podjadek, chrabąszcz majowy, guniak, listnik – to najwięksi wrogowie leśniczego.
Pan Alojzy walczy z nimi już ponad 30 lat. Pracę w szkółce w Nowym Młynie zaczął w 1972 r. Jednak ręczne przekopywanie ugorów motyką i wybieranie pędraków, a w ostateczności opryski, nie dość, że pracochłonne, to nie do końca okazywały się skuteczne.
– Coś musieliśmy z tym zrobić. I wtedy zaświtał mi w głowie pomysł z dzikami. Przyznaję, że długo się z nim nosiłem, ale wprowadzenie dzików do szkółki wcale nie było takie proste.
Miarka się przebrała, gdy w 2002 r. w ciągu miesiąca pracujące w szkółce kobiety znalazły ręcznie przekopując grządki ponad 1500 pędraków. Wtedy leśniczy postanowił wprowadzić dziki. W realizacji pomysłu pomogła pewna rozwiązła świnia, która uciekła mieszkającemu 15 km od szkółki rolnikowi. Poszła w las, a po tygodniu wróciła w ciąży. Wtedy pan Alojzy zdecydował się kupić trzy prosiaki – dwa samce i samiczkę.
– Za dwa maluchy zapłaciło nadleśnictwo, za jednego ja – wspomina leśniczy. – Początkowo mój szef patrzył na ten pomysł z przymrużeniem oka, ale mi zaufał. Powiedział: spróbuj. I teraz jest bardzo zadowolony.
Turkuciowi nie przepuści
Dla świniodzików trzeba było wybudować oborę, wybieg, wszystko ogrodzić, no i dużo czasu spędzać z maluchami, by oswoiły się z ludźmi. Serce pana Alozjego zdobył jeden z samców, ochrzczony imieniem Malutki.
– Był bardzo spokojny, chodził za mną jak pies. Prowadzałem go na smyczy po szkółce. A poza tym okazał się niezwykle pojętnym uczniem. Gdy znalazł turkucia, to czasem nawet klękał, rył w ziemi tak długo, aż go nie wytropił i nie zjadł – wspomina.
Pojętna okazała się też Mańka, jednak z trzeciego z świniodzików trzeba było zrezygnować. – Był agresywny, gryzł się z Malutkim. Trafił do innego leśnictwa – opowiada pan Alojzy.
Jak wygląda praca dzików w szkółce? – Dwa razy w roku, jesienią i wiosną, na ugorze i w miejscach po wyjęciu sadzonek, ziemię trzeba przeorać. Na tak przygotowany teren wpuszczamy dziki. Po tygodniu nie ma śladu po jakichkolwiek szkodnikach. Dzik jak wyczuje pędraka, ryje, dopóki go nie zje. Niech za przykład posłużą zeszłoroczne badania – leśniczy wyjmuje zeszyt, w którym skrzętnie notuje, gdzie i ile szkodników znaleziono. – Przez cały lipiec wykopaliśmy tylko dziesięć sztuk turkucia w jednym gnieździe, dwa lata wcześniej 1500 sztuk na terenie takiej samej wielkości.
Nie oznacza to, że dziki pracują tylko przez dwa tygodnie w roku. Gdy tylko leśniczy zauważy ponowne pojawienie się szkodników, dziki ruszają do pracy. Jak podkreśla pan Alojzy, są tak pracowite, że gdy wyjedzą wszystkie szkodniki, domagają się, by przenieść je na inne miejsce, by mogły dalej żerować.
Praca dzików nie zastąpi jednak innych środków zwalczania szkodników. – W miejscach, gdzie rosną sadzonki, dzika się nie wpuści, bo mógłby zniszczyć uprawy – tłumaczy pan Alojzy. – Tam pędraki odławia się ręcznie, a jeśli zaobserwujemy rójkę, musimy działać środkami chemicznymi.
Malutki idzie na emeryturę
Wieść o Malutkim i jego niezawodnym nosie rozeszła się bardzo szybko. Do szkółki w Nowym Młynie zaczęli zjeżdżać dziennikarze. Malutki występował w prasie, radiu i telewizji. Jednak okazało się, że misja Malutkiego w szkółce właśnie się kończy. I nie dlatego, że kariera medialna przewróciła mu w głowie i odmówił pracy.
– Każdy dzik próbuje być w stadzie szefem. I dopóki Malutki był rzeczywiście malutki, uważał, że to ja jestem przewodnikiem stada. Gdy wyrósł, a teraz waży ponad 120 kilogramów, zamarzyło mu się rządzić – tłumaczy pan Alojzy. – Nigdy nie zrobił mi nic złego, ale kilka razy pociągnął mnie porządnie, gdy trzymałem go na smyczy. W nagrodę za znalezienie pędraka dostawał ode mnie orzeszki, po pewnym czasie sam chciał się poczęstować i szarpał za kieszeń, gdzie były smakołyki. Musieliśmy wysłać go na emeryturę, bo istniało zagrożenie, że kiedyś coś komuś zrobi złego. Ma już oręż, no i swoje waży.
Gdy Mańka zmaga się z naturą, a Niuńka i Dzidzia wygrzewają się na ugorze, Malutki spaceruje wzdłuż siatki dużego wybiegu. Teraz jest atrakcją ścieżki przyrodniczo-edukacyjnej „Bobrowy szlak”. Żeby nie było mu smutno, zakwaterowano z nim urodziwą lochę. Pan Alojzy martwi się, że Malutki pewnie o nim zapomniał, bo już od miesiąca mieszka na „Bobrowym szlaku”. Nic bardziej mylnego. Malutki łasi się do leśniczego jak pies, kładzie na grzbiecie i domaga pieszczot. Pan Alojzy drapie go po brzuchu, a zwierzak stęka z zachwytu i widać, że jest wniebowzięty.
W deszcz i na urlopie
Emerytura Malutkiego nie przerwała pracy innych świniodzików w szkółce. Teraz pan Alojzy zatrudnia Niuńkę – córkę Mańki i Malutkiego, Mańkę, no i nowy nabytek – pasiastego warchlaczka Dzidzię, która mieszka w Nowym Młynie od dwóch tygodni.
– Dzidzia jest dzika, boi się jeszcze ludzi. Zakochała się w Niuńce, traktuje ją jak matkę i nie odstępuje jej na krok. Niedługo trzeba będzie ją przyzwyczajać do smyczy – tłumaczy pan Alojzy. – Wychowanie dzika od malutkiego przez człowieka jest bardzo ważne. Niuńce pozwoliliśmy zostać z matką trzy miesiące i na początku była bardzo płochliwa – uśmiecha się leśniczy. – Najlepiej zabrać prosiaka, gdy ma półtora miesiąca, wtedy szybko przyzwyczaja się do człowieka.
Zatrudnianie dzików na etacie szkółkarzy zyskało też uznanie leśniczego w oddalonym o kilkanaście kilometrów Sulęcinie. Pracuje u niego brat Niuńki. – Leśniczy złożył już zamówienie na kolejnego dzika, chce go układać – opowiada pan Alojzy. – Nie zraża go to, że zwierzęta w szkółce to dużo więcej pracy. Bo do dzików trzeba przyjechać niezależnie od tego, czy pada deszcz, czy jest się na urlopie. Trzeba je nakarmić, zmienić im ściółkę. I to wszystko jest na głowie leśniczego.
Koszt utrzymania dzików w szkółce zależy od organizacji. – Dziki muszą oprócz pędraków coś jeść – opowiada pan Alojzy. – Nasze karmimy odpadami zbożowymi, które kupujemy od rolników. Niedawno też wymieniłem małego dziczka za trzy metry zboża. Nie mogę nie wspomnieć o zlewkach z domu, od rodziny, sąsiadów. Wszystkie trafiają tutaj – uśmiecha się pan Alojzy. – Dodatkowe koszty związane są też z opieką weterynarza. Maluchy, gdy się rodzą, trzeba odrobaczyć i zaszczepić. Nie są to ogromne pieniądze, ale jednak trzeba je wydać. I albo zapłaci za to nadleśnictwo, albo leśniczy musi pokryć te koszty z własnej kieszeni.
Katarzyna Trębacka

