Echa Leśne 05/2005
Kilkanaście minut przed rozpoczęciem ceremonii biły dzwony. Ale wszyscy uświadomili sobie, że to naprawdę ostatnia droga papieża Polaka, gdy z bazyliki św. Piotra wyłonił się żałobny kondukt. Dwunastu włoskich szlachciców niosło na ramionach prostą drewnianą trumnę. Kiedy złożyli ją przed ołtarzem przy dźwiękach kościelnych śpiewów, ucichły rozmowy. Rozpoczęła się uroczystość.
Pożegnaliśmy Papieża
Kilkanaście minut przed rozpoczęciem ceremonii biły dzwony. Ale wszyscy uświadomili sobie, że to naprawdę ostatnia droga papieża Polaka, gdy z bazyliki św. Piotra wyłonił się żałobny kondukt. Dwunastu włoskich szlachciców niosło na ramionach prostą drewnianą trumnę. Kiedy złożyli ją przed ołtarzem przy dźwiękach kościelnych śpiewów, ucichły rozmowy. Rozpoczęła się uroczystość.
Natychmiast święty
Mszę za duszę Jana Pawła II, przy uczestnictwie 140 obecnych w Rzymie kardynałów i patriarchów kościołów wschodnich uznających zwierzchnictwo papieża, celebrował kardynał Joseph Ratzinger. Po raz kolejny dał dowód przywiązania do osoby swojego – jak dziś już wiemy – wielkiego poprzednika. – Nasz ukochany papież stoi teraz w oknie domu Ojca, widzi nas i nam błogosławi – mówił kardynał podczas homilii, w której przypomniał życie Jana Pawła II. Ratzinger wspominał chwile, gdy Karol Wojtyła podejmował ważne w swoim życiu decyzje, idąc za wezwaniem Boga: „Pójdź za mną”. Mówił też o cierpieniu, które w ostatnich latach pontyfikatu stało się udziałem Ojca Świętego. Gdy skończył, odpowiedziały mu okrzyki „Święty, święty” i „Santo subito”, czyli „Natychmiast święty”. Transparenty z takim hasłem przyniosło tego dnia na plac św. Piotra wielu pielgrzymów, domagając się rychłego wyniesienia Jana Pawła II na ołtarze.
Największy pogrzeb w dziejach
Wyjątkowość uroczystości 8 kwietnia podkreśliła niespotykana dotąd reprezentacja delegacji oficjalnych. Uczestniczyło w niej 2500 VIP-ów ze 150 krajów – wśród nich prezydenci, premierzy i koronowane głowy. Obok siebie siedzieli przywódcy wrogich sobie państw – Syrii i Izraela, Iranu, Afganistanu i Stanów Zjednoczonych. Polskie media odnotowały pierwszy uścisk dłoni prezydentów: Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego.
Gościnny Rzym
Pogrzeb papieża był dla stolicy Włoch niemałym wyzwaniem organizacyjnym. Spodziewano się nawet 5 mln pielgrzymów. Choć liczba ta okazała się przesadzona, i tak ulice wiecznego miasta w noc poprzedzającą uroczystość pełne były wiernych, którzy chcieli rano dostać się na plac św. Piotra. „To tu bije serce Kościoła” – przekonywali w mediach księża, wspierając te wysiłki. Nie wszystkim jednak udało się dostać na plac. Część oglądała ceremonię na wielkich telebimach rozmieszczonych w głównych punktach miasta, a także w odległym o kilkanaście kilometrów Tor Vergata, gdzie kierowano część jadących na pogrzeb autokarów.
Włosi zmobilizowali do obsługi wydarzenia 15 tys. funkcjonariuszy rozmaitych służb mundurowych. Przez całą noc po Rzymie jeździły darmowe autobusy, dowożące chcących się dostać jak najbliżej Watykanu przybyłych.
Mały Kraków
Najliczniejszą grupą wśród pielgrzymów byli oczywiście Polacy. We włoskim radiu mówiono nawet, że Rzym w tych dniach zamienił się w „mały Kraków”. Polski język słychać było wszędzie. Po pokonaniu trudów kilkudziesięciogodzinnej podróży, często nie mając gdzie spać – mimo że Rzym przygotował na tę okazję miejsca noclegowe w rozmaitych miejscach, nawet na stadionie olimpijskim – Polacy koczowali na ulicach w namiotach i śpiworach, czekając na otwarcie barierek, które odgradzały ich od Watykanu. Kiedy, około szóstej rano, to się stało, ruszyli na plac św. Piotra i przylegające do niego ulice, z najbardziej znaną Via della Conciliazione. Niepotrzebne okazały się obawy – wydawało się, że wszyscy mieszkańcy stolicy Włoch robią wszystko, by pomóc pielgrzymom. Na każdym kroku można było sięgnąć po wodę, rozdawano koce. Okazało się też, że tuż przed rozpoczęciem uroczystości można dotrzeć jeszcze na sam plac św. Piotra. Nawet pogoda sprzyjała – przez całą uroczystość świeciło słońce.
Niecodzienny pogrzeb
Polaków na placu św. Piotra, zwłaszcza tych, którzy pierwszy raz uczestniczyli w tego rodzaju uroczystości we Włoszech, na początku dziwiło zachowanie południowców. Radość, śmiechy i brawa – do tego wszystkiego nie jesteśmy przyzwyczajeni w czasie pogrzebu. Jednak szybko ten sposób okazywania szacunku zmarłemu podchwycili i polscy pielgrzymi. – Radujmy się, a nie smućmy – nawoływali księża, przypominając, że przecież papież jest już w domu Ojca.
Rzym pełen symboli
Zapowiadany od rana deszcz przyszedł dopiero po zakończeniu dwu i półgodzinnej mszy, po południu. Na usta wracającym z pogrzebu cisnęło się tylko jedno – niebo się rozpłakało. Był to jeszcze jeden powód do przypomnienia smutnej prawdy, że zmarł jeden z największych ludzi naszych czasów. Człowiek, któremu jego ojczyzna zawdzięcza wiele, jeśli nie najwięcej. Ktoś z żalem westchnął, że widział tylko jeden tradycyjny polski wieniec żałobny. Załamanie pogody porównywano z wiatrem, który na zakończenie uroczystości przed bazyliką św. Piotra zamknął ewangeliarz, położony na trumnie papieża. Wielu wracających było zdania, że niezależnie od tego, czy jest się wierzącym, czy nie, trzeba było być w Watykanie, by po raz ostatni spotkać się z Janem Pawłem II.
Artur Rumianek

