Narzędzia osobiste
Jesteś w: Start Media Prasa leśna „Echa Leśne” Archiwum 2005 Echa Leśne 04/2005

Echa Leśne 04/2005

przez admin Ostatnio zmodyfikowane 2005-05-18 16:52

Koń odmawia posłuszeństwa. Wyrywa się, rzuca grzywą. Nie chce już ciągnąć drewna. Dyszy ciężko i nic nie robi sobie z poganiania kijem trzymanym przez zgrabiałą z zimna rękę pilarza. Ognisko z trudem wytapia sobie miejsce wśród zasp, piły odpoczywają. Słychać tylko pracujący kilkaset metrów wyżej traktor, usiłujący przebić się przez leżące na ziemi drzewa przykryte śniegiem.

Tatrzańskie cmentarzysko

– Właściwie to powinienem się cieszyć, bo pewną robotę będę miał jeszcze kilka lat. Ale z czego się tu cieszyć? Już wolałbym chyba nie mieć tej pracy. A tu to jeszcze nic. Tam dalej, to dopiero jest prawdziwe piekło – mówi pilarz usiłujący zmusić konia do wysiłku.
Samochód toczy się Drogą Wolności, raz z jednej, raz z drugiej strony słychać dźwięk pił wgryzających się w przemarznięte drewno. Piłują, rąbią, ciągną, podnoszą, ładują, koła ślizgają się w śniegu, konie rżą i nawet odpocząć nie ma jak – wciąż zimno i długo siedzieć czy stać bez ruchu się nie da. Tegoroczna zima, jak na złość, długo nie chce dać za wygraną, szczególnie tu, w górach. Wydaje się, że śnieg będzie tu leżał latami, jakby chciał wstydliwie ukryć ślady niszczycielskiej siły wiatru.
 
Tu jest prawdziwe piekło
 
19 listopada 2004 r. potężny huragan wynurzył się ze złowrogim pomrukiem zza szczytu Krywania, by z furią zniszczyć na dziesiątki długich lat wszystko, co stanęło mu na drodze. Niczym szarżująca husaria w wojska nieprzyjaciela, wpadł w tatrzański las, tnąc, miażdżąc, łamiąc i uśmiercając. Jego sile musiały poddać się lasy między Szczyrbskim Plesem a Podbańską. Kiedy wydawało się, że to już koniec, w 3 godz. od pierwszego uderzenia, koło godziny osiemnastej, huragan uderzył po raz drugi. Choć trudno było w to uwierzyć, druga fala była silniejsza. Zmiotła z powierzchni ziemi lasy od Wyżnych Hagów i Starego Smokowca po Tatrzańską Łomnicę i Tatrzańską Kotlinę. Huragan w porywach osiągał prędkość 230 km/godz., średnio ok. 80 km/godz. Zniszczony został las na długości ok. 50 km o szerokości od 2,5 do 5 km. Życie na powierzchni ok. 14 tys. ha przestało istnieć. Zniszczonych zostało niemal 3 mln m sześc. drewna, z czego ponad 2,5 mln w lasach państwowych.
Od tego czasu upłynęło już dobre kilka miesięcy, a krajobraz niewiele się zmienił. Stosunkowo szybko udało się usunąć drzewa, które utworzyły barykady na drogach, leżące na zniszczonych dachach budynków, wbite w przystanki autobusowe, tarasujące przejazd sławnej podtatrzańskiej kolei – „elektryczce” (która ze względu na zniszczenia w trakcji wciąż nie ruszyła). Gigantyczne połacie połamanego lasu u podnóża Tatr wciąż jednak wyglądają tak, jak przed miesiącami. Drzewa leżą połamane, wyrwane z korzeniami, a na tle ośnieżonych szczytów widać jedynie połamane kikuty. Niedługo po katastrofie wiatrołomy przykrył śnieg i tak zostało. Choć przy drogach piętrzą się niewiarygodnie wręcz wysokie stosy drewna, co chwilę przejeżdżają tiry wyładowane drewnem, to właściwie nie widać pracy leśników, robotników, strażaków, żołnierzy i setek ochotników. A spieszyć się trzeba, bo kiedy miliony powalonych drzew zaatakuje wiosną kornik drukarz, katastrofalne zniszczenia jeszcze się powiększą. Co więcej, drewna, które dopadnie szkodnik nikt już nie kupi. Straty będą więc ogromne nie tylko z przyrodniczego, ale i z gospodarczego punktu widzenia.
Nie tylko kornik pogrążyć może gospodarczo cały region. Miasteczka, niegdyś uroczo położone w świerkowych lasach, od kilku miesięcy wyglądają jak w kilka chwil po bombardowaniach. Restauracje, pensjonaty, sklepy – nie ma chyba budynku, koło którego nie leżałoby choć jedno złamane drzewo. Okolica niewiele ma już wspólnego z uroczymi miejscami, gdzie przyjeżdżało się, by odpocząć w otoczeniu górskich lasów. – Człowiek tyle lat żyje na świecie, tyle rzeczy widział, ale nie przypuszczałbym w najczarniejszych snach, że doczekam czegoś takiego. To było na dobrą sprawę kilka chwil i to, co rosło kilkadziesiąt i więcej lat, zniknęło. Jak po bombie atomowej – mówi leśnik z TANAP, pracujący przy usuwaniu drzew w Wyżnych Hagach. – Kiedy kilka dni po katastrofie jechałem do Podbańskiej, miałem problemy z rozpoznaniem, gdzie jestem, choć jeżdżę tędy stale. Nasze miasteczka są jedynie cieniem tego, czym kiedyś były. Lasów, jakie znałem, miejsc, jakie pamiętam, nie będzie mi dane już nigdy zobaczyć. Może kiedyś będą wyglądać podobnie jak przed katastrofą, ale mnie już dawno na świecie nie będzie – dodaje ze smutkiem.
 
Wszystko się zmieni
 
Szkody w infrastrukturze i budynkach na terenie miasta Wysokie Tatry przekraczają 140 mln koron, straty Tatrzańskiej Kolei Elektrycznej 160 mln koron, a sama wartość zniszczonego lasu to ponad 134 mld koron! Szkód w krajobrazie ocenić się nie da. Poza zniszczeniami widocznymi na pierwszy rzut oka, trudno ocenić właściwie przyszłe skutki gospodarcze i przyrodnicze klęski. Znak zapytania wisi np. nad losem zwierząt, które zamieszkiwały podtatrzańskie lasy. Liczba tych, które zginęły podczas katastrofy jest trudna do ocenienia. Ile z gatunków wyginie, ile wyemigruje? Wiatr zniszczył nie tylko schronienie ptaków, nietoperzy, wiewiórek, ale i ostoje właściwie wszystkich pozostałych gatunków – dużych i małych ssaków, gadów, płazów i bezkręgowców. Niektóre z nich były gatunkami endemicznymi i mogą bezpowrotnie zniknąć. Zmieni się nie tylko środowisko życia, ale też mikroklimat i temperatura. Tuż przed wtargnięciem pierwszej fali huraganu z tatrzańskich lasów uciekło ok. 120 jeleni. Ocalały, ale i tak nie mają teraz gdzie wracać…
Jak można się było spodziewać, problem milionów drzew, leżących na podtatrzańskich ziemiach wywołał na Słowacji ogólnonarodową dyskusję na temat przyszłości całego regionu. Niemal każda organizacja, każde ugrupowanie czuje się zmuszone do zabrania głosu w tej sprawie. Organizacje ekologiczne, nie tylko zresztą słowackie, usiłują doprowadzić do znacznego ograniczenia prac na wiatrołomach, co ma pozwolić przyrodzie odrodzić się w naturalny sposób. Wnioskują np. o zakaz wprowadzania cięższego sprzętu, zakaz tworzenia dróg do zwózki drewna, a przede wszystkim o pozostawienie większości (a najlepiej wszystkich) powalonych drzew na ziemi. Pojawiają się też głosy, że nie ma lepszego momentu do wielkich inwestycji w infrastrukturę turystyczno-narciarską. Skoro las poległ, to na jego miejscu mogą wyrosnąć hotele i wyciągi. Ku zgrozie słowackich leśników o pomyśle takim wspomniał sam premier Słowacji. Wciąż trwają też dyskusje dotyczące składu gatunkowego lasu, który zastąpić ma powalone świerczyny (w zniszczonych drzewach udział świerka wyniósł 72 proc., przy 11 proc. udziału modrzewia, 8,9 sosny, 3,8 proc. jodły, oraz 3,7 gatunków liściastych). Coraz głośniej słychać propozycje, by w odbudowywanych drzewostanach udział świerku był nie większy niż 50 proc., przy zwiększeniu udziału sosny i modrzewia, które dzięki palowemu systemowi korzeniowemu są bardziej odporne na działanie wiatru. Mówi się też o wzbogacaniu przyszłych lasów gatunkami liściastymi.
 
Polska pomoc
 
Słowacka katastrofa nie pozostała bez echa w Polsce. Huragan nie oszczędził i naszych południowych lasów, ale zniszczenia były znikome w stosunku do tych z drugiej strony Tatr. Mieszkańcy Podhala nie pozostali obojętni wobec takiej tragedii i niemal od razu na Słowacji pojawili się ochotnicy, a władze Zakopanego, TPN i inne organizacje zaproponowały pomoc. Prawie od samego początku na terenie Miasta Wysokie Tatry (w skład, którego wchodzi 15 miejscowości) i jego okolic, przy usuwaniu drewna pracuje kilka polskich firm, korzystając z minimalnych formalności dzięki przynależnością obu krajów do Unii Europejskiej. To m.in. dzięki polskim robotnikom udało się w miarę szybko przywrócić namiastkę normalności w słowackich miasteczkach.
W polskich firmach zwożących drewno ze Słowacji pracuje się na najwyższych obrotach, tiry z drewnem kursują przez granicę jeden za drugim, buduje się nowe tartaki. Pracy przy usuwaniu drewna jest tyle, że wciąż szuka się nowych rąk do pomocy. Dzięki temu szansę na prace zyskają bezrobotni z Polski. Jako pierwszy pracę przy wiatrołomach zaoferował Powiatowy Urząd Pracy w Zakopanem, następnie w Nowym Targu. – Na Podhalu niemal co drugi mężczyzna ma już jakieś doświadczenie w pracy w lesie – śmieje się Józef Różański, z firmy Fach, prowadzącej szkolenia dla bezrobotnych. – W pracy na Słowacji upatrują szansę na odmianę losu. Zainteresowanie kursami, które muszą przejść kandydaci do pracy w tatrzańskich lasach, jest spore.
Największą pomocą, jaką każdy może zaoferować Wysokim Tatrom, jest jednak według słowackich specjalistów od turystyki, przyjazd do ośrodków turystycznych w okolicach dotkniętych huraganem. – Tu tysiące ludzi żyje z turystyki i w tej chwili wszyscy najbardziej potrzebujemy turystów. Jeżeli przestaną do nas przyjeżdżać, cała okolica może się nigdy nie wyleczyć z ciężkich ran zadanych przez wicher – mówi sprzedawca w jednym z kramów na drodze do stacji narciarskiej w Strbskim Plesie. – Nieszczęśliwie dla nas kurs korony względem złotówki jest znacznie mniej atrakcyjny niż w zeszłych latach, co już odbiło się na ilości narciarzy z Polski – jest ich wyraźnie mniej – dodaje.
Ze stricte przyrodniczego punktu widzenia, katastrofa na Słowacji nie jest katastrofą. Nie jest to też żadna anomalia. Las tu był i będzie. Mimo że największy dotychczas huragan z 1915 r, jaki odnotowano na terenie Tatr, zniszczył 7–10 razy mniej drzew niż ostatni, traktować go trzeba, jak normalne, cykliczne zjawisko przyrodnicze. Gdyby pozostawić wiatrołomy i wiatrowały samym sobie i nie ingerować w nie w jakikolwiek sposób, niedługo rozpocząłby się proces naturalnego odnowienia lasu. Pojawiłyby się samosiewy wierzby, jarzębiny, brzozy, modrzewia, sosny, jak i oczywiście świerku oraz jodły. Trudno jednak kierować się wyłącznie względami czysto przyrodniczymi. Proces naturalnego odnowienia byłby za długi z punktu widzenia człowieka. Słowacy chcą jednego – by las wrócił „na swoje miejsce” jak najszybciej. Brak interwencji człowieka w odnowienie lasu to także gigantyczne straty finansowe (choć i tak się ich nie uniknie). Powalone drzewa trzeba „posprzątać”. Słowaków i pracujących w Tatrach polskich robotników czeka więc teraz tytaniczna praca – ocenia się, że zwożenie drewna zajmie 2 lata, a oczyszczenie trudnodostępnych wyższych partii może trwać nawet 3 lata dłużej.
Dziś, w kilka miesięcy po uderzeniu huraganu, trudno uciec od porównania południowej części Tatr do wielkiego cmentarzyska. Czas podobno leczy rany. Tu trzeba będzie go naprawdę dużo.

Mikołaj Westrych