Echa Leśne 01/2005
Andrzej Mleczko, kpiarz i rysownik, znany jest z tego, że bardzo niechętnie udziela wywiadów. Przystał jednak na rozmowę dla „Ech Leśnych”.
Rysowanie rzeczywistości
Czym zasłużyła sobie nasza skromna redakcja, że zgodził się Pan powiedzieć kilka słów specjalnie dla naszych czytelników?
Głównie tym, że mam sentyment do lasów, ponieważ w lesie się wychowałem. Od dziecka właściwie mieszkałem w Puszczy Sandomierskiej, gdzie mój ojciec był dyrektorem gospodarstwa rybackiego. Całe moje dzieciństwo to las, zwierzęta, polowania i kontakty z leśnikami. Boleję, że już tak wiele czasu nie spędzam na leśnych ścieżkach, na których z wrodzonym sobie wdziękiem bez przerwy ginąłem, ponieważ absolutnie nie mam zmysłu orientacji i choćby dlatego nigdy nie mógłbym być leśnikiem, chyba że honorowym. Las to jedno z niewielu miejsc, które w czasach pędu, szaleństwa, wyścigu szczurów, biegania za pieniędzmi, za doznaniami, za sławą i czymś tam jeszcze jest ostoją ciszy i spokoju, która moim zdaniem może jeszcze skołatane nerwy człowieka jakoś uspokoić.
Każdy młody człowiek staje przed jakimś wyborem. Kończy szkołę podstawową, ma świadomość tego, że będzie nosił cięższy tornister. Potem jest jeszcze gorzej, zdaje maturę i pojawiają się rozterki, jaki zawód wybrać. Czy Andrzej Mleczko w wieku 19 lat też miał takie dylematy?
Nawet 16 lat, bo poszedłem do szkoły wcześniej i rok wcześniej zrobiłem maturę. Rozterek nie miałem, bo zdałem się na moich rozsądnych rodziców, którzy widząc moje inklinacje do rysowania najpierw skontaktowali się z profesorami krakowskiej ASP, pytając, czy nadałbym się na prawdziwego artystę. Kiedy ci powiedzieli, że jestem trochę zmanierowany, co było grzecznym stwierdzeniem faktu, że się nie kwalifikuję, rodzice doszli do wniosku, że należy mnie wysłać na architekturę. Do dzisiaj nie wiem, czy był to dobry pomysł. O tyle niedobry, że nie jestem architektem. Natomiast, kiedy zastanawiam się nad tym z perspektywy czasu, to architektura jest jedynym wydziałem, gdzie mamy do czynienia z jednej strony z humanistyką, a z drugiej z techniką. Prawdę mówiąc, kiedy pomyślę o tych kilkunastu latach, bo dopiero po 13 latach zostałem relegowany ponieważ nie obroniłem dyplomu — zresztą do dzisiaj — to jednak myślę, że ta architektura wiele mi dała. Pojęcie o świecie sztuki, myślenie projektowe. A to, co robię, to wbrew pozorom jest właśnie myślenie projektowe, koncepcyjne — a architektura to właśnie projektowanie i koncepcja.
Pańska twórczość jest bardzo zaskakująca. Jedno jest nawet zdumiewające – jest Pan cały czas artystą dla młodego pokolenia, a przecież rysowaniem zajmuje się już ponad 30 lat. W czym by Pan upatrywał fenomenu swoich rysunków?
Szczera odpowiedź brzmi tak, że nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia, bo nie da się zaprogramować grupy odbiorców, do której się kieruje to, co się robi. Myślę, że te obrazki są na tyle świeże i sympatyczne, że podobają się również młodym ludziom, którzy przychodzą do mojej galerii.
Jakby Pan określił swoją twórczość? Czym ona właściwie jest? Podglądaniem rzeczywistości, felietonem pisanym obrazkiem?
Określiłbym to, jako próbę spojrzenia na rzeczywistość od nietypowej strony. Kiedy normalnie funkcjonujemy w świecie, to widząc jakąś sytuację, sprawę, przedmiot czy człowieka patrzymy na niego wprost i bez żadnego niepotrzebnego kombinowania. A nagle okazuje się, że jeśli tę sprawę zajdzie się od boku albo z tyłu, to nabiera ona całkiem innego wymiaru — staje się albo bardzo zabawna, albo bardziej interesująca, albo inna niż się nam wydawało. I na tym polega właśnie moja, jak zawsze mówię, nikomu niepotrzebna robota. Żeby popatrzeć na ten świat od takiej strony, od jakiej nikt na niego do tej pory nie spojrzał i ocenić, czy to spojrzenie jest na tyle zabawne, że warto to odnotować na kartce papieru. Nie mnie oceniać, czy udaje mi się osiągnąć zamierzony efekt.
Można powiedzieć, że tworzył Pan w dwóch okresach najnowszej historii Polski – w okresie realnego, aczkolwiek schyłkowego socjalizmu i w czasie 15 lat transformacji. Już całkiem od niedawna, od połowy ubiegłego roku, trwa nowy okres, czyli Polska w Unii i teraz dopiero będzie Pan sobie na naszych rodakach używał. Który z tych okresów był dla Pana ciekawszy w prześmiewczym obserwowaniu rzeczywistości?
Jako dla mężczyzny na pewno ciekawszy był ten okres, kiedy byłem młodszy, ponieważ zawsze przyjemniej jest być młodszym niż starszym. Jeśli chodzi o rysowanie, to nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Niezależnie od epoki czy przełomu między epokami, wbrew pozorom mentalność człowieka była taka sama, tylko realia zewnętrzne inne. A ja wychodzę z założenia, że mentalność ludzi, ich spojrzenie na świat, jest niezależne od tego, czy żyją akurat w mniej czy bardziej schyłkowym socjalizmie czy kapitalizmie. To się zmienia nie przez dziesiątki, a setki lat. Ponieważ jestem trochę socjologiem amatorem to właściwie człowiek w moich obrazkach zawsze był mniej więcej taki sam. Gdyby jeszcze od innej strony spojrzeć na pana pytanie — w którym okresie było łatwiej dawać sobie radę z rysowniczą materią — to na pewno jakąś przeszkodą była oczywiście cenzura, ale albo te moje rysunki nie były aż takie ostre, albo nie były aż takie kontrowersyjne, bo nie miałem jakichś większych problemów. Oczywiście zdejmowali moje rysunki bez przerwy, ale ponieważ nie mam w sobie zakodowanego kombatanctwa, to nie lubię się jakoś strasznie użalać. Znam paru artystów, którym raz wykreślono jakieś jedno zdanie z książki i do tej pory opowiadają, jak byli katowani przez służby specjalne, UB i towarzyszy, a tak naprawdę dostawali mieszkania i kiedy trzeba było pędzili na pochód pierwszomajowy.
Wejście do Unii było ogromnym wydarzeniem. Ciekaw jestem, jakie nadzieje wiąże Pan z tym faktem prywatnie i jako satyryk?
Nie sądzę, żeby na moją działalność miało to jakiś wpływ, bo albo się ma inklinacje i talent w jakimś kierunku, albo się ich nie ma. Unia nie wiele pomoże. Nie słyszałem o dotacjach dla artystów, takich jak dla rolników… Jeśli chodzi o mnie, to będę mało oryginalny — mam nadzieję, że Unia wymusi pewne standardy cywilizacyjne, których sami z siebie nie jesteśmy w stanie osiągnąć i że ludzie przestaną zachowywać się tak, jak dotychczas. Wszyscy wiemy, jak ten nasz ukochany naród się nienawidzi. Wystarczy przejechać kilka granic, żeby się zorientować, że ludzie mogą być dla siebie życzliwi i mili, że urzędnik służy obywatelowi, że droga może być prosta, a rodzice nie topią dzieci w przerębli. Ale należę do takiego paskudnego gatunku, który zawsze widzi dziurę w całym i nawet jeśli już będziemy całkowicie ucywilizowani, to i tak będę się czepiał wszystkiego, bo już taką mam naturę. Powtarzam zawsze, że nawet w najbardziej cywilizowanych krajach są świetni rysownicy i świetne kabarety. Tematów nie zabraknie.
Rozmawiał Leszek Wieliczko

